piątek, 14 kwietnia 2017

151. "Życie na pełnej petardzie" czyli wywiad z najsłynniejszym duchownym w Polsce

     Wszystko się chyba zaczęło od tej właśnie książki. Wywiady, sympatia i spora popularność. Ksiądz Jan Kaczkowski był niesamowicie mądrym i jednocześnie bardzo otwartym i sympatycznym duchownym. Niemożliwe? Dla niego- z Bogiem i wiarą- nie było rzeczy niemożliwych.

     Tym razem mamy do czynienia już z drugim wywiadem, bardzo podobnym do poprzedniego: "Szału nie ma, jest rak", ale zdecydowanie poszerzonym. 
     Ksiądz Jan Kaczkowski po raz kolejny sprzeciwia się terapii uporczywej i wykazuje zasadniczą różnicę między jej zaprzestaniem a eutanazją. Podkreśla również mocno znaczenie i umiłowanie dla tradycyjnej mszy. Chyba dopiero on mi uświadomił (co przyznaję ze wstydem), jak bardzo jest ona święta i pełna cudów.
    "Zycie na pełnej petardzie" to nie tylko rozmowy o śmierci (o której powinniśmy rozmawiać i myśleć, bo jest tak samo ważna jak życie!), ale również refleksje na temat wielu innych aspektów naszej rzeczywistości.
     Aborcja, in vitro, antykoncepcja, autorytety a nawet punkcja jądra i ostra krytyka "kucanego" katolicyzmu-ksiądz Kaczkowski nie boi się żadnych tematów. I słusznie, bo ma solidne podstawy, by móc o nich rozprawiać. Czy wiecie, że ksiądz Jan miał doktorat z bioetyki? Jego wypowiedzi były szalenie mądre i często bardzo specjalistyczne, co zburzyło bez trudu mój stereotyp niezbyt inteligentnego duchownego. Powyższy wywiad w niektórych momentach mógłby być nawet podręcznikiem biologii.
     Codziennie przed snem, zanim zmówicie wieczorną modlitwę, zróbcie sobie rachunek sumienia. Za co dziś mogę podziękować? Co było dobre, a co złe? Czy jest coś, co mogę poprawić? O co dziś chcę Pana Boga prosić? Bardzo cenna rada, którą staram się stosować do dziś. W tym całym zabieganiu, pośpiechu i wszechogarniającym pędzie dobrze się choć na chwilę zatrzymać, by móc podziękować i docenić to, co jest dla nas najważniejsze.
     "Życie na pełnej petardzie" to piękna książka, która zwłaszcza w trudnych chwilach, potrafi wzmocnić, przynieść ulgę, ufność i nadzieję. Ja ją w takich chwilach czytałam i przyznam szczerze, że bardzo mi pomogła. Z pewnością w przyszłości do niej wrócę, zwłaszcza ze względu na sporą ilość bardzo cennych cytatów:
     O cud można się modlić, ale cudu nie należy się spodziewać. One nie dzieją się na zawołanie ani nie można ich na Panu Bogu wymusić.
     Ojciec Pio, który jest naszym patronem, posiadał dar bilokacji, którego ja nie mam. Pracuję nad tym. Nawet wydzielanie jakichkolwiek przyjemnych zapachów idzie mi z trudem. Na razie bilokuję się przez telefon.
     Z seksu w małżeństwie nigdy nie wolno zrezygnować. Im małżonkowie są bliżej siebie, im większą radość czerpią z intymnych kontaktów, i to w sposób piękny, który przynosi im satysfakcję, tym są bliżej siebie, a tym samym są bardziej przygotowani na przyjęcie konkretnej małej osoby. Kiedy mowa o małżeństwie, które już ma dzieci i unika z jakichś względów, a już zwłaszcza zdrowotnych, poczęcia kolejnych, to przez seks dalej służy swojej rodzinie, bo buduje małżeńską jedność.
     Jechałem do Wejherowa załatwić przyłącze prądu, które musiałem mieć z dnia na dzień. Potrzebny był do tego cud. Jadę asfaltową drogą, proszę Pana Boga o pomoc, nagle patrzę: strzałka wskazująca kierunek do grobu błogosławionej siostry Kotowskiej. Daję po heblach. W drifcie wpadam w leśny dukt i na pełnym offroadzie dojeżdżam i bach na kolana: "Alicja, słuchaj,Ojciec Pio to patron naszego hospicjum, ale jest ogólnoświatowy, ma mnóstwo spraw na głowie, wszyscy się modlą za jego wstawiennictwem, on się musi bilokować, pachnieć fiołkami i parę innych rzeczy jeszcze robić, a ty jesteś nasza, lokalna. Słuchaj, jak Ty mi pomożesz zbudować to hospicjum bez niczego, bez środków (wówczas było to tylko puste pole, bez przyłącza, z niewydzieloną działką), to kaplica będzie pod Twoim wezwaniem." Alicja tak się sprawiła, że ukończyliśmy budowę w półtora roku. Trzeba było zatem wywiązać się z obietnicy, bo nie należy wchodzić w konflikt z kobietą, i to jeszcze świętą- nie ma nic gorszego niż obrażona święta! Zatem mamy w hospicjum kaplicę bł. Alicji Kotowskiej.
     W sumieniu, które jest najbardziej intymnym sanktuarium spotkania Boga z każdym człowiekiem, słyszymy Jego głos. Tym głosem jest owo naturalne drapanie, które nieraz nie daje nam spokoju. Pan Bóg działa w naszym życiu głównie przez sumienie. Bóg jest Bogiem oczywiście potężnym, wszechogarniającym, ale na tyle pokornym, że schował się w głosie naszego sumienia. Dlatego nigdy nie wolno świadomie łamać sumienia, co się nam wszystkim, niestety, zdarza.
     Kiedy dzieje się coś złego, nie mówmy: "Załatw za mnie, Panie Boże, tę sprawę". Nie módlmy się: "Zrób to czy tamto". Zachęcam, by próbować innych słów: "Uzdolnij mnie, Duchu Święty, przybądź, rozwiń dary, których zalążek otrzymałem w bierzmowaniu: mądrości, roztropności, męstwa, żebym to ja sam umiał załatwić swoje sprawy przy Twojej pomocy".
     To nie Bóg nas potępia, lecz to my sami chcemy uciec ze wstydu sprzed jego oblicza, a w efekcie ucieczki popadamy w nicość. Aż rozwija się przed nami wieczność naznaczona samotnością i cierpieniem.
     -Czy nie obawia się Ksiądz- szczerze, otwarcie- że po śmierci okaże się, iż "tam" nic nie ma?
     -Jeśli okaże się, że śmierć to zwykłe game over, wcale nie jestem tym przerażony. Po prostu wynikać z tego będzie tyle, że jesteśmy najinteligentniejszą formą istnienia białka. Taki scenariusz wydaje mi się logiczny, ale bardzo mało prawdopodobny. I nawet gdyby miał być prawdziwy, to w żadnej mierze nie jest argumentem za tym, żebyśmy byli łajdakami.
     Tradycyjną formą modlitwy jest też wieczorny rachunek sumienia. Zachęcam, żeby śmiało padać przed Bogiem na kolana (chyba że zmęczenie zwala nas wprost do łóżka), analizować swój dzień krok po kroku, wypunktowywać słabe momenty, doceniać momenty dobre, a na koniec za dobro podziękować, za zło przeprosić i jeszcze zmówić spowiedź powszechną. Taki rachunek sumienia działa ozdrowieńczo, jest naszą gwarancją, że następnego dnia rano wstaniemy wyprostowani. Można też spróbować rano robić "uprzedzający" rachunek sumienia, na przykład zmierzyć się w myślach z nadchodzącym dniem. Znowu, obawy polecić Bożej opatrzności. Chwile przyjemne i ewentualne sukcesy, już mu oddać, żeby nie wpaść w pychę.
     Nie da się uciec od myślenia o własnej śmierci, będąc śmiertelnie chorym. Zresztą ze śmierci trzeba żartować, bo gdyby śmierć była śmiertelnie poważna, toby nas zabiła.
     Prywatne objawienia, nawet zatwierdzone przez Kościół, mają nam pomagać w wierze, a nie ją zastępować. Możemy się tylko cieszyć, że ludzie doświadczają wstawiennictwa świętych, ale jednocześnie nie możemy się godzić, żeby kult świętych i lidzka potrzeba cudu stały się pretekstem do żerowania na emocjach, i to emocjach ludzi w dramatycznym położeniu.
     Czy w gruncie rzeczy nie jest to nasza ludzka pycha i brak zaufania przejawiające się w tym, że tak intensywnie walczymy o naszą ludzką skorupę, poszukując uzdrowienia, a nie walczymy o własną duszę, lekceważąc sakramenty?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz