poniedziałek, 23 stycznia 2017

141. "Obfite piersi, pełne biodra" czyli kolejne noblowskie rozczarowanie

     I po co mi to było? Noblistów przeczytałam już wielu i niestety w większości przypadków mosiężnie skrytykowałam. Bo nudni, przeciągani, wymuszeni i dziwaczni. Ani to ciekawa literatura, ani porywająca. Rzesze wielbicieli oczywiście posiada, ale widocznie jestem za głupia na to, by do nich należeć.

     Żaby Mo Yana czytałam, pokrótce zrecenzowałam i mimo paru pozytywnych doświadczeń, ostatecznie się nie zachwyciłam. Co Ty możesz wiedzieć o pisarzu, po przeczytaniu zaledwie jednego tytułu?- mógłby mi ktoś zarzucić. Więc ok, sięgnęłam po drugi i całe szczęście, że mam go wreszcie za sobą, bo dawno nie przeżywałam takich literackich katuszy.
       Miała mną wstrząsnąć, zachwycić a nawet zagłuszyć; miała mnie wciągnąć i obezwładnić- tak przynajmniej zapowiada opis na jej okładce. Wysilałam się jednak szalenie, ale niestety jedyne, co mnie potrafiło w całej lekturze zainteresować to ilość stron do końca. Czytając Obfite piersi, pełne biodra czułam się jak masochistka, która próbuje samą siebie przekonać, że przeżywane męczarnie muszą być przyjemne.
       Co mnie w takim razie zmęczyło najbardziej? Książka bogata jest, to fakt. W postaci, wydarzenia, historie miłosne i rodzinne tragedie. Tylko, że ostatecznie cała spójność tych wszystkich elementów polega głównie na ich absurdalności, chaosie itp. głupotach. Mnóstwo trudnych i ciężkich do zapamiętania imion. Mnóstwo koligacji, pokrewieństw, powinowactw i innych powiązań, w których się pogubiłam już po kilku stronach (a książka ma ich 640!). Dziwaczne motywy (np. chłopca a potem mężczyzny uganiającego się za mlekiem z kobiecych piersi), których znaczenia w wielu przypadkach do tej pory nie pojęłam. Pojawiająca się na początku matka to jedyna w miarę stała postać tej powieści, która zdołała mnie zainteresować. Pozostałych bohaterów jest jednak co najmniej kilkadziesiąt, więc mój czytelniczy, w miarę uporządkowany spokój przy jednej bohaterce trwał zaledwie chwilę.
     Nie rozumiem, nie zachwycam się, nie polecam i odrzucam kolejnego noblistę. Ze wszystkich dotychczas przeze mnie "przeczytanych" laureatów literackiej Nagrody Nobla na pochwały póki co zasłużyły jedynie Pani Jelinek (którą uwielbiam!) i Alice Munro. I może jeszcze o Imre Kerteszu warto by było wspomnieć, chociaż jego książki czytałam już dawno temu.

6 komentarzy:

  1. To nie dla mnie, dzięki za recenzję, książkę odpuszczę. Motyw chłopca uganiającego się za mlekiem z kobiecych piersi mnie rozwalił :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała książka jest tym motywem przesiąknięta, więc zdążyłam się do niego nawet przyzwyczaić ;-)

      Usuń
  2. Taki chaos mógłby i na mnie wpłynąć niekorzystnie. Na chwilę obecną nie planuję lektury tej publikacji. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Będę omijać szerokim łukiem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Spróbowałaś - dwukrotnie - i wiesz, że to nie Twoja bajka. Zawsze to jakieś doświadczenie. Pisarza nie znam, na ten moment w planach nie mam. Za to Alice Munro chciałabym poznać. Z noblistów przypominam sobie Le Clezio i jego "Powracający głód" - chociaż tę książkę tak prawdziwie doceniłam dopiero pewien czas po lekturze. Ale ciągle mi jakoś siedzi w głowie. Ostatnio czytałam też "Wiktorię" norweskiego noblisty Knuta Hamsuna i chociaż doceniłam pewne elementy, to ogólnie do zachwytu było mi daleko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli póki co, już co najmniej dwie osoby nie zachwycają się zanadto noblistami. Co za ulga, że nie jestem sama ;-)

      Usuń