piątek, 26 sierpnia 2016

118. Od "swojego" twórcy wymaga się zdecydowanie więcej

     Olga Zygarowska- absolwentka Wydziału Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, biegły sądowy, weteran wojenny i miłośniczka Afryki- wychowała się w moim miasteczku. Powieść "Rufaro" jest jej debiutem, do którego sięgnęłam z wielkimi oczekiwaniami. Dlaczego z takimi skoro Olga to póki co, bardziej lokalny twórca niż ogólnopolski? Z powodu korzeni jest mi zdecydowanie bliższa i chyba to przede wszystkim pobudziło moją wnikliwość. A szkoda, bo może gdybym przeczytała "Rufaro" od niechcenia i potraktowałabym jako książkę "przerywnik" między innymi, zdecydowanie trudniejszymi pozycjami, oceniłabym ten debiut zdecydowanie lepiej. Tak się niestety ostatecznie nie stało. Od Olgi Zygarowskiej, wychowanej w moim miasteczku, oczekiwałam wiele i stwierdzam z ogromnym ubolewaniem, że się szalenie zawiodłam.
     Może zacznę od plusów, bo te, choćby w najgorszej pozycji, zawsze się znajdą. Chociaż, gdy przypomnę sobie losy rodziny Dollangangerów w słynnych "Kwiatach na poddaszu" to nie jestem tego aż tak pewna, ale nie odbiegajmy póki co od tematu.
     Historia toczy się w Afryce, w której, pomimo okoliczności pojawia się mnóstwo polskich akcentów. Polskie imiona, główna bohaterka Polka, polski ksiądz i różne, polskie elementy- czy to w opisach, czy zachowaniu bohaterów. Elementy, które wbrew pozorom, idealnie do całej afrykańskiej scenerii pasują. Ten wszechobecny patriotyzm niesamowicie mnie ujął.
     Drugim plusem powieści jest równie ujmujące tło. Sierociniec i osoby, które robią wszystko, by zapewnić godny byt zamieszkującym go dzieciom. Nic w tej kwestii nie zabrzmiało tam banalnie i to również mi się podobało.
     A teraz minusy, których niestety jest przeważająca większość.
     Powieść posiada mnóstwo niespójnych dialogów, momentami nawet wręcz bezsensownych. Autorka często się powtarza (aż do znudzenia) i niesamowicie, wręcz bez końca rozwleka mało skomplikowane emocje. Jakby na siłę tworzyła kolejne akapity albo po prostu zacięła się jak wysłużona płyta. "Robienie z igły widły"- z tym miałam do czynienia zdecydowanie zbyt wiele razy.
     Sporo niedociągnięć w fabule. Wzruszanie ramion po postrzeleniu jednego z nich (dość rażący szczegół) i śmiech bohaterów w momentach, w których absolutnie się tego nie dopuszcza. Ta dziwna rubaszność jest ostatecznie odbierana jako coś nienaturalnego, czy nawet wręcz nienormalnego.
     Mnóstwo przekleństw i palenia papierosów. Ja rozumiem, że dzięki temu cała historia miała zyskać na wiarygodności, ale co za dużo to niezdrowo. No bo w końcu ileż można przed każdą kwestią "odpalać papierosa"?
     Autorka "Rufaro" ma również rażący syndrom "wielokropka". Chyba nie ma w tej książce akapitu bez wielokropków, co nawet najmniej spostrzegawczego czytelnika w końcu zacznie razić.
     Do głównych bohaterów także mam wiele zastrzeżeń- zwłaszcza do męskiego. Orlando- przystojny, sławny aktor jest tak nieśmiały, tchórzliwy i banalny, że wielokrotnie wręcz opadały mi z tego powodu ręce. Nie dość, że niewiele tam robi (oprócz bycia główną gwiazdą powieści oczywiście) to jeszcze tak emocjonalnie się rozkleja, że nie da się nie zauważyć, że tę postać stworzyła kobieta. Bez urazy dla kobiet w ogóle.
     Ksiądz też mnie skutecznie rozbroił (prawie dosłownie). Zbierał broń i organizował akcję odwetową z komandosami- już bardziej niewiarygodnie chyba być nie mogło. Chociaż mogło- na koniec. Publiczne oświadczyny na konferencji prasowej jako spektakularny finał "Rufaro" sprawiły, że z prawdziwą radością kończyłam tę książkę.
     Olga Zygarowska ma głowę nie od parady- to wiem na pewno. Niestety nie na tyle, by móc stworzyć dobrą powieść. Wielka wielka szkoda, bo po pisarce z mojej miejscowości spodziewałam się czegoś zdecydowanie przeciwstawnego. 
     Czy to znaczy, że jej kolejnego dzieła nie przeczytam (bo doszły mnie słuchy, że takowe już powstaje)? Z powodu sentymentu do lokalnych osiągnięć odpowiem, że nie wiem. Może mimo wszystko po nie sięgnę. Możliwe, że znów się zawiodę, ale przynajmniej będę na bieżąco z pisarzami z mojego miasta. 
    A może Pani Olga zrobi mi następnym razem ambitną niespodziankę? O tym, wbrew urazowi, po cichutku marzę..

4 komentarze:

  1. To naturalne, że od kogoś, kto pochodzi z naszej okolicy oczekujemy czegoś więcej i liczymy na to, że się nie zawiedziemy. O autorce nie słyszałam, ale powiem szczerze, że nie ciągnie mnie do tego, by poznać jej twórczość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie- ja również nie będę Cię do tego namawiać. Pozdrawiam :-)

      Usuń
  2. Mam trochę wrażenie, że nic się w tej powieści nie klei - jakby autorka miała ciekawy pomysł, ale nie do końca potrafiła go zrealizować. Szkoda, że to ciekawie nakreślone tło nie łączy się z intrygującą fabułą i zgrabnym stylem. Może doświadczenie pierwszej powieści pozwoli jednak autorce się rozwinąć i druga będzie lepsza, kto wie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby była lepsza- trzymam za to mocno kciuki ;-)

      Usuń