poniedziałek, 6 czerwca 2016

100. Słynne "Kwiaty na poddaszu"

     Poleciła mi ją po raz pierwszy znajoma z pracy- i po raz pierwszy wtedy usłyszałam o cyklu "Rodzina Dollangangerów" autorstwa Virginii Cleo Andrews. Po raz drugi zachwyty nad tą serią usłyszałam od syna tejże znajomej: "Przeczytaj koniecznie- historia jest super!". Wzięłam to pod uwagę, zapamiętałam, ale ostatecznie postanowiłam wypożyczyć po słowach kolegi, którego żona od dawna ma wszystkie tomy w domowej biblioteczce i uważa je za jedne z najcenniejszych pozycji w literaturze. Taki bestseller, czytany i podziwiany przez tyle osób, a ja go jeszcze nie znam? To się musi koniecznie zmienić !
     Tylko, że jednocześnie jedna opinia, ważniejsza chyba niż wszystkie powyższe, mnie poważnie zastanowiła. Stephen King w "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika" podaje tytuły warte polecenia i te, które należy omijać. Serię Virginii C. Andrews rozpoczynającą się od tytułu "Kwiaty na poddaszu" niemiłosiernie skrytykował- mając jednocześnie świadomość, że narazi się wielu czytelnikom. Jeden z moich największych pisarskich idoli odradza coś, co zachwyca wszystkich innych wokół- jak jest w takim razie naprawdę? Po tym nurtującym mnie pytaniu wiedziałam, że koniecznie jak najszybciej muszę się sama o tym przekonać.

     Historia ukrywanych dzieci na poddaszu zapowiadała się naprawdę ciekawie. Początek dobry (śmierć ojca utrzymującego rodzinę i reakcja na tragedię zapatrzonych w niego dzieci poruszająca) a dalej.. no niestety- dalej już było tylko gorzej. 
     Fabuła w pierwszej części  pięciotomowego cyklu "Rodzina Dollangangerów" jakaś jest. Na nieszczęście tylko jakaś. W ukrywanie dzieci na poddaszu wielkiego domu przed srogim i bezlitosnym dziadkiem jeszcze jestem w stanie uwierzyć. Ale oblewanie włosów wnuczki smołą i usypianie jej przed tym za pomocą solidnej strzykawki brzmi już dla mnie co najmniej fantastycznie. I to niestety tylko jeden z wielu absurdalnych elementów powieści. Poszczególne wątki rażą doświadczonego czytelnika swoją infantylnością, brakami a nawet bezsensownością. Wielokrotnie bowiem natykałam się na przypadki, kiedy autorka coś zaczynała pisać/ tworzyć, a potem z niewiadomych przyczyn- bez jakiejkolwiek konkluzji, rozpłynęło się to w powietrzu.
     Język powieści. Dawno nie spotkałam się z pozycją, którą się tak fatalnie czyta. Zdania są zbyt długie, zbyt kwieciste i, co za tym idzie, tworzące niespójną całość. Nie można jasno czegoś przekazać za pomocą zbyt zawiłych zdań.
     Powyższe elementy uważam za największe wady "Kwiatów na poddaszu", a czy widzę w nich jakieś zalety? Tak jak napomknęłam już wcześniej- fabuła. Ogólny zarys historii, mimo wielu niedociągnięć, potrafi zaciekawić. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że momentami nawet intryguje. Zwłaszcza od chwili śmierci jednego z dzieci i przygotowań pozostałych do ucieczki. Czytelnik chce się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy rodzeństwa dlatego.. sięga po tom drugi. 
     Do kolejnej części sięgnęłam i ja, ale nie tylko z ciekawości. Chciałam się przekonać, czy może nawet miałam nadzieję na to, że drugi tom okaże się zdecydowanie lepszy. Jak bardzo się zawiodłam dowiecie się już w najbliższym poście.

4 komentarze:

  1. Byłam ciekawa co napiszesz o tej książce, bo często spotykałam ją swego czasu w blogosferze. Szkoda, że Cię rozczarowała, bo jak tak myślę o fabule, to miała potencjał. Najbardziej mnie jednak martwi język, bo nie uśmiecha mi się męczyć przy czytaniu. Na ten moment do swoich czytelniczych planów jej nie dopiszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie aż tak wielką męczarnią nie jest, jednak wielu stylistycznych niedoskonałości nie da się nie zauważyć. Książki nie polecam i będzie zdecydowanie pożyteczniej jeśli swoją uwagę skierujesz na zdecydowanie cenniejsze tytuły ;-)

      Usuń
    2. chciałam przeczytać tę serię, ale teraz to już sama nie wiem. najpierw wezmę się za inne lektury. pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Wiele innych lektur jest zdecydowanie cenniejszych od tego cyklu..

      Usuń