sobota, 21 listopada 2015

70. W czym zamężne koleżanki są lepsze od starej panny Tośki?

     Kiedyś bliska mi osoba zwierzyła mi się, że po raz kolejny ma problemy ze swoją drugą- damską połową. Ich kłótnie były coraz częstsze, coraz poważniejsze i wręcz przewidywalne. Doradziłam, by raz na zawsze skończył ten związek, bo i tak prędzej czy później się rozpadnie, a szkoda marnować czas, który można by było poświęcić na nową znajomość. "Ale ja nie chcę skończyć tak jak Ty"- usłyszałam w odpowiedzi. Dlaczego to stwierdzenie było tak deprymujące i szokujące? Bo w tamtym czasie byłam od kilku lat sama jednak nie spodziewałam się, że dla niektórych z tego powodu również gorsza.
     Dziś role się odwróciły. Ja rozwiązuję problemy we dwoje, a zacytowana osoba nieszczęśliwie, pomimo różnorakich prób i wysiłków singluje. Oliwa sprawiedliwa? Owszem. I pouczająca- dla każdej ze stron.

  

     Nie bez powodu dzielę się tego typu wspomnieniami przy okazji recenzji książki Matyldy Man. Osoby samotne- singlujące, pomimo postępowego nazewnictwa i coraz częstszych skojarzeń z nowoczesnością, wciąż są piętnowane i wytykane. Bo niestety częściej się mówi o ich ułomności lub wybredności niż o zwykłym pechu przy okazji napotkania potencjalnego partnera.
     Tosia- główna bohaterka "Męża poproszę" to właśnie taka nieszczęśliwa, piętnowana przez własną matkę (!) singielka. A bo wybrzydza, a bo się nie zna na mężczyznach, a bo mało kobieco się ubiera i odstrasza swoim dziecinnym wyglądem. Nie to, co mamusia Danuśka trzymająca w domu darmozjada, któremu usługuje, jest na każde zawołanie i ulega jego wymyślnym szantażom. Ona potrafi zatrzymać przy sobie prawdziwego mężczyznę ! Oj mnóstwo takich "Danusiek" w naszym otoczeniu... Wytykają palcami osoby samotne szczycąc się brylantem na palcu, bukietem róż i romantyczną wycieczką w ciepłe kraje. I nieważne, że przyszły mąż jest obleśnym podrywaczem, snobem i leniem. Spełnia swoją rolę najlepiej- jest mężczyzną, o którego wybranka ma szczęście dbać.
     Tosia niestety ulega temu całemu piętnowaniu. Bez przerwy uosabia się z Kopciuszkiem, który uparcie wypatruje swego księcia. Nie ma nic gorszego niż szukanie na siłę. Można wtedy co najwyżej pecha znaleźć, bo szczęścia niestety na pewno nie. I tak rzeczywiście dzieje się w przypadku Antoniny. Absurdalni mężczyźni, absurdalna relacje. Nieważne, że Rycerz ma braki w uzębieniu, zachowuje się jak cham i jest impotentem. Ważne, że JEST- niczego więcej robić nie musi. Co za ulga jednak, że Tosia, pozornie słaba i uległa ma jednak niezbędną ilość rozsądku. I nawet potrafi z niego korzystać, co owocuje wreszcie upragnionym szczęściem.
     Banalna historia? Tylko pozornie. Bo na prawie 300 stron powieści tylko półtorej zajmuje wyczekiwana druga połówka. I bardzo dobrze! Nic tak nie psuje książki, jak długie i ckliwe zakończenia. Matylda Man zamiast wylewającego się lukru zaserwowała nam piękną, czerwoną wisienkę, która zamiast zemdlić- bardzo zasmakowała.
     Co jeszcze sprawiło, że "Męża poproszę" dołączyłam do grona moich ulubionych lektur? Chuda Dzidka i czarna Krycha ! Kojarzycie nieuleczalne, osiedlowe plotkary, które żyją życiem innych intensywniej niż swoim? Tak tak, to właśnie o takie "charakterki" chodzi i trafniej od autorki bym ich nie nakreśliła.
     Doczytałam się zarzutów, że książka przerysowuje wiele sytuacji. Oczywiście, że tak, ale to akurat przeważa na jej korzyść. Bo przecież jaki jest najlepszy sposób na stworzenie sarkazmu i ironii? Właśnie przerysowanie.
     Gdybym chciała przytoczyć wyjątkowo trafne cytaty musiałabym przepisać co najmniej kilkadziesiąt stron tej książki. Zdecydowałam się więc wybrać jeden, który spośród tego dużego grona przykuł moją uwagę najdłużej: "A Tośka nie umie kupować w sieciówkach i nie nadąża za trendami. Jak już pójdzie do sieciówki, to za każdym razem wychodzi ze sklepu z przekonaniem, że ubrania są szyte po ciemku. Krzywe szwy, brzegi poszarpane. W dodatku to barachło jest wycenione, jakby było coś warte, a jest warte... gówno warte. A jednak Tośka ma kilka rzeczy z sieciówki. W czymś trzeba chodzić. Boi się toto prać, żeby się nie rozeszło i nie rozciągnęło. Tośce nie mieści się w głowie, że można pożądać szajsu z sieciówki. Kupować na tony i paradować dumnie po biurze w materiałach cieńszych od dwuwarstwowego papieru toaletowego." No normalnie jakbym siebie widziała i słyszała...
     Myślę i myślę i nie mogę niczego wymyślić, by zapobiec piętnowaniu osób samotnych. To się zmienia, niestety bardzo bardzo powoli. Może musi wymrzeć któreś pokolenie, by single i singielki przestali być postrzegani jak trędowaci..

4 komentarze:

  1. Czy musi czy nie musi ktoś/coś wymierać - tego nie wiem.
    To raczej my powinnyśmy zmienić swoje myślenie... Przejmowanie sie tym co powiedzą inni, przekonanie, że w tłumie bezpieczniej, że inaczej znaczy gorzej... to właśnie jest nasza zmora...
    Zawsze wychodziłam z założenia, że: "niech sobie gadają"
    Tak - jestem wybredna bo nie zgadzam sie na bylejakość, na cokolwiek - chcę "towar z najwyższej półki" i nie zwracam uwagi na to, że dla niektórych ta półka znajduje się w połowie ud a inni nie sięgną nawet stając na palcach bo tylko ja wiem co jest dla mnie najlepsze...

    ps...Też czytam "i była miłość w getcie"
    Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślenie zmienia się szybciej od otaczających nas ludzi- a szkoda. Notoryczne uwagi ze strony "życzliwych" potrafią naruszyć nawet bardzo pokaźną cierpliwość...
      "I była miłość w getcie" na razie bardzo mi się podoba (i przeraża jednocześnie)..swoimi wrażeniami na pewno się podzielę na blogu. Pozdrawiam również :-)

      Usuń
  2. Coś w tym jest, bo choć niby to już nie te czasy, że priorytetem jest ślub i powiększenie rodziny, to jednak w pewnym momencie na singli patrzy się podejrzliwie. Trochę to smutne, bo co komu do tego, czy ktoś jest sam czy z kimś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutne i przygnębiające..zwłaszcza dla wytykanych singli :/

      Usuń