wtorek, 14 lipca 2015

56. Pierwsze (nieudane) spotkanie ze Sparksem

     Dlaczego określenie "literatura kobieca" mnie obraża? Bo zaliczane są do jej grona m.in.: "Pięćdziesiąt twarzy Gey'a" (ups! Grey'a..), saga "Zmierzch" i wiele tym podobnych fantastycznych romansideł. Książki z tej półki kojarzone są przede wszystkim z rodzinnymi tragediami, romansami, sagami itp. bzdurami. Nie wszystkie- jednak spora część. Razi mnie to niezmiernie, bo nie czytuję tego typu "śmieci", a do bycia kobietą mimo to wciąż się poczuwam. Do bycia kobietą inteligentną i ambitną, która zamiast do Meyer sięga do Kapuścińskiego i Pilcha, która od wzdychania nad "szczęśliwym zakończeniem" woli zagadkę, intrygę lub zaskoczenie. Tak, jestem kobietą i NIE- nie znoszę typowej literatury kobiecej. Ale z jakiegoś powodu tak a nie inaczej jest ona postrzegana prawda? I to niestety chyba boli i razi mnie jeszcze bardziej.. Bo kobiety zaczytują się namiętnie w tego typu tematach i wzdychają w dużej części do romantycznych bohaterów zamiast genialnych czy też bulwersujących. Tyle gwoli wstępu. Otwartego do niekończącej się dyskusji zresztą..
     Nicholas Sparks to również literatura kobieca, dlaczego więc mimo to po niego sięgnęłam? Bo popularny, rozchwytywany i kilkakrotnie obił mi się o uszy. "Zobaczę, spróbuję- zamiast krytykować od razu"- tak sobie pomyślałam i przeczytałam. Jak ja w tego typu kwestiach nie lubię mieć racji..


     Książka jeszcze nawet nie zdążyła się dobrze zacząć, a już miałam jej dość. Początek jakiś był- jak w każdej pozycji, ale im dalej brnęłam w tę historię, tym coraz więcej wyliczałam jej wad.      
     Opowieść rozrasta się na kilka wątków. W większości niedopracowanych, przytaczanych nieskładnie i niespójnie. Pojawiają się monologi obojga "kochanków"i dzięki temu od początku znamy ich uczucia; jednak co z tego, skoro do końca opowieści wiecznie się one powtarzają? Jak mantra- do obrzydzenia.
     Jeremy i Lexie poznają się, zakochują i spędzają ze sobą upojną noc. I niestety tylko do tego momentu jakoś to wszystko literacko "wygląda". Po tym pojawiają się bezpodstawne kłótnie, uniki, polubowne rozmowy i.. kolejne awantury. Wszystko tak przeciągane (naciągane?), że aż śmieszne. Od razu mi się przypomniały dawne południowoamerykańskie telenowele, w których, zanim widz dotrwał do szczęśliwego zakończenia, kochankowie po kilkanaście razy się rozstawali i godzili. Istna męczarnia- nie tylko dla bohaterów.
     W pewnym momencie Lexie decyduje się wyjść za innego, bo nie widzi dla siebie i Jeremy'ego przyszłości. To był ten punkt kulminacyjny, w którym mi opadły ręce ! W tego typu historiach to największy banał z możliwych- ludzie się naprawdę na to nabierają?? I jeszcze te ckliwe, nudne wyznania miłości.. mobilizowały mnie jedynie do jak najszybszego skończenia lektury.
     Podsumowując: byłam pewna, że erę harlequin'ów mamy już dawno za sobą. Co za nieszczęście (!), że w tej kwestii się grubo pomyliłam.
     Był jeden plus. Jeden jedyny maluteńki- jako pocieszenie dla autora. Zdarzyło się kilka momentów, które mnie niezmiernie rozbawiły. Sparks umie rozśmieszyć- troszkę.
     Na pewno po tej ostrej krytyce myślicie, że to koniec mojej przygody ze Sparksem. I tu Was zaskoczę- przeczytałam jeszcze jedną jego książkę. Co mnie do tego skłoniło i czy kolejny tytuł rozczarował mnie równie mocno, co "Prawdziwy cud"? O tym dowiecie się w następnym poście.
     Ps. Zerknęłam na lubimyczytac.pl i przeraziłam się tamtejszą wysoką oceną powieści. To się nazywa przysłowiowy gwóźdź do trumny (patrz:wstęp do posta).

4 komentarze:

  1. Ja jeszcze nie czytałam żadnej książki Sparksa i nie wiem czy się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że moje recenzje choć trochę pomogą Ci w podjęciu decyzji :-)

      Usuń
  2. Być może kolejne spotkania będziesz miała lepsze? ;)
    Polecam "I wciąż ją kocham" - dużo fajniejsza niż film.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejne spotkanie ze Sparksem okazało się zdecydowanie lepsze, ale mimo to wiem, że dzieła tego pisarza to niestety nie moja bajka :P

      Usuń