piątek, 13 lutego 2015

48. Wymagająca "Morfina".

"Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon- vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.
Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza. Przed historią jednak uciec się nie da"-
opis książki na okładce.
      O "Morfinie" będzie sporo, bo i powieść pokaźnych rozmiarów. Ambitna, intrygująca, kontrowersyjna i wymagająca- tak w kilku określeniach ujęłabym moje wrażenia po jej przeczytaniu. Czas jednak na bardziej rozbudowane wnioski.
    Nie pamiętam, która powieść wywołała we mnie tyle przeciwstawnych odczuć naraz. Po przeczytaniu jej 1/6, byłam zachwycona: fabułą, główną postacią i stylem. Ostre obrazy, w dużej części o tematyce erotycznej, zaskakiwały i zniewalały jednocześnie. Mimo iż brutalne, to mimo wszystko prawdziwe. Główny bohater, będący najczęściej narratorem, jest bezczelny i boleśnie szczery. Jednak tylko dla samego czytelnika, który dowiaduje się m.in. że Kostka nie zna tak naprawdę nawet własna żona. Postać ta jest często do tego stopnia bezpośrednia, że w wielu momentach czujemy jakbyśmy my sami nią byli. Intrygujące. 
     Styl. Do "Pana Tadeusza" mu daleko, ale nie da się ukryć, że "Morfinę" czytało mi się czasem jak Mickiewicza. Powtarzalność wyrazów i ich poetyckie rozmieszczenie wbijały się jak kołki w moją głowę i jeszcze bardziej wzmacniały obraz. Określenie "zgwałcona Warszawa" na długo zapadnie mi w pamięć. Twardoch bawi się słowem, ale co charakterystyczne, nie opisuje emocji. Jest ich tam, wbrew pozorom, niesamowity natłok, ale przede wszystkim dzięki skrupulatnemu układaniu słów. To ich odpowiednie rozmieszczenie tworzy emocje, a my, wraz z nim, tymi emocjami się stajemy.
     Doczytałam "Morfinę" do str. 90 i stwierdziłam z przekonaniem, że Szczepan Twardoch to pisarz genialny, o niekwestionowanym talencie. "Nie chwal dnia przed zachodem słońca"- taki wniosek pojawił się w następnej kolejności.
     Zmęczyła mnie ta powieść- mówiąc najkonkretniej. 
     Zbyt częsta i zawiła zmiana narracji. Zanim się połapałam o co chodzi, musiałam ponownie zgadywać. Wiem wiem, konieczność wysiłku intelektualnego wabi niejednego czytelnika. Mnie również, ale tylko do momentu jego przesytu.
     Główny bohater zdecydowanie zbyt niezrównoważony emocjonalnie. Zwłaszcza jak na konspiratora. Jest zagubiony nie tylko w sferze politycznej, ale i uczuciowej. Polska umarła, Warszawy mu szkoda, a kochane kobiety zmieniają się jak w kalejdoskopie. Daną postać żeńską raz miłuje, a drugi raz nienawidzi. Jedna wabi go umysłem, inna ciałem. Otaczają go jak czarownice nieustannie rzucające urok. To nie powieść o konspiratorze, tylko o niedorozwiniętym mężczyźnie. Niestety. Nawet przy wykonywaniu rozkazów nie myśli. Ktoś coś każe zrobić, więc robi. Nie zastanawia się po co.
     O rażącej, konspiracyjnej nieostrożności również muszę napisać. Fakty i taktyka jakby nie mają tu większego znaczenia. Liczą się tylko liczne, zmienne emocje, które sprawiają, że wraz z bohaterem poruszamy się jak we mgle. Nie rozumiem czemu to ma służyć? Ironii, bagatelizowaniu czy może ośmieszeniu samego faktu konspiracji? W pomyłkę autora "Morfiny" w tej kwestii na pewno nie uwierzę- jest na to zdecydowanie za inteligentny.
    Co do fabuły, ostatecznie również się zawiodłam. Byłam pewna, że akcja trwa całą okupację lub chociażby jej znaczną część. Tu niestety nawet się dobrze nie zdążyła rozpocząć.
     Plusy "Morfiny" wbrew pozorom zauważyłam, aczkolwiek w zdecydowanej mniejszości.
     Znamy całościowe losy wszystkich napotykanych przez Kostka postaci. I to nie dlatego, że sam bohater je poznał. Poznaje je wyłącznie czytelnik, który jako jedyny nie spotyka ich tylko "na chwilę".
     Opis historycznych postaci jest również innowacyjny i ambitny. Mogłam sprawdzić swoją wiedzę poprzez pełną skojarzeń charakterystykę, a dopiero po jakimś czasie przekonać się, czy miałam rację, gdy narrator wymienił ich w końcu z nazwiska.
     Co krytycy mówią o "Morfinie" jako nominowanej do nagrody "Nike"? Powieść, według nich, zawiera m.in. zbyt wiele nudnych wątków pobocznych, które tę pozycję rozwlekają. I zgadzam się i wręcz przeciwnie. Wątków marginesowych jest dużo, ale akcja mimo wszystko charakteryzuje się sprawnością i wartkością. Do stworzenia takiego wrażenia trzeba mieć naprawdę solidny talent.
     Czy "Morfinę" w takim razie przeczytać, czy z obojętnością pominąć? Powieść była dla mnie zdecydowanie zbyt zawiła i mglista jednocześnie, dlatego twórczość Twardocha nie jest mi osobiście niezbędna do egzystencji czytelnika. Może mam za niski iloraz inteligencji do tego typu literatury? Nie wiem. Wiem jednak na pewno, że mój wybór wobec twórczości tego pisarza to obojętność.
     Poniżej kilka cytatów, które choć trochę nakreślą Wam klimat "Morfiny" i możliwe, że pomogą w ewentualnym wyborze- lub nie, tej lektury:
"Ludzie powinni raczej umierać, niż się rodzić, narodziny są niegodne, niskie, tak domagać się istnienia przez pojawienie się na świecie. Śmierć jest czynnością zarozumiałą, ale dumną, obracając się ku nieistnieniu, wybieramy to, co godniejsze, bo w istnieniu, w życiu jest coś immanentnie wstydliwego, istnieć to jak głośno puszczać wiatry przy kolacji, być jest żałośnie, być jest śmiesznie,być jest niedobrze. Nie być- to wyrafinowanie. Niebyt jest elegancki".
"Po co, po co bombardować gówniane, żydowskie miasteczko na granicy Mazowsza i Małopolski, po co bombardować gówniane domki, kamieniczki z gównianych cegieł, gównem pomalowane na gówniane kolory, po co".

9 komentarzy:

  1. Boję się właśnie tego przesytu, ale z tego, co piszesz, to książka naprawdę, naprawde ambitna i chyba byłabym gotowa podjąć wyzwanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wyzwanie" to bardzo dobre określenie na "Morfinę" ;-)

      Usuń
  2. Lubię książki, które wymagają skupienia, a często także odpowiedniego podejścia, chociaż czytam je wtedy przez kilkanaście dni, gdyż nie potrafię ich "połknąć na jeden raz" - i to chyba właśnie o to chodzi. :) "Morfinę" mam w planach - oby jak najszybciej nadszedł na nią czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Morfina" rzeczywiście wymaga nieszablonowego wysiłku intelektualnego także na pewno znajdziesz w niej to, czego szukasz.

      Usuń
  3. Od czasu do czasu lubię sięgnąć po lekturę, która nie tylko daję, ale również wymaga. Okładkę kojarzę, ale nigdy specjalnie nie interesowałam się tą książką. Po przeczytaniu Twojej recenzji czuję się trochę rozdarta - jestem ciekawa książki, ale także trochę się jej boję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmiem sądzić, że po jej ewentualnym przeczytaniu Twoje "rozdarcie" niestety nie minie ;P

      Usuń
  4. Wiesz co? Narobiłaś mi wielkiego smaka. Wracam do "Morfiny", którą rzuciłam ze dwa miesiące temu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omg, dopiero niedawno skończyłam, trochę mi zeszło, co nie? :D

      Usuń