poniedziałek, 8 grudnia 2014

40. "Jego wysokość Longin" Marcina Prokopa.

     Zachwytu nad tą książką nie podzielam i tym bardziej nie rozumiem. Zerkając na wysokie oceny tej pozycji, jest on oczywiście uzasadniany. Jednak do mnie, mimo to, on wciąż nie dociera.
     Książkę czyta się szybko i początkowo przyjemnie. Schrupałam ją w trzy dni, a pierwsze strony o przyczynach przezwiska "Longin" wzbudziły we mnie nawet sporą sympatię. W zapowiedziach jednak książka Prokopa często jest określana, jako ta z ery PRL-u. Spodziewałam się więc tam wielu jego symboli a co znalazłam? Wzmianki o Panu w czarnych okularach, oranżadzie w proszku, kolejkach, skodzie...i w sumie niespecjalnie cokolwiek więcej. Takimi wyrywkowymi, nieuzasadnionymi przykładami, czasów PRL-u współczesnym dzieciakom na pewno nie wyjaśnimy (bo z tego, co wiem, takie było zamierzenie autora).
     "Jego wysokość Longin" to historia grupy podwórkowych przyjaciół, którzy imają się coraz to nowych gier i wyzwań. Jest zabawa w chowanego, gra w kapsle, jazda na rowerze i nawet poszukiwania zaginionego stryja. Sama fabuła zakrawa na dość intrygującą i zabawną, niestety więcej w niej chaosu, niż sensu (czy też konkretnego celu). W nieokreślonym momencie się zaczyna i w dziwnym, nieokreślonym momencie kończy. Jakby była jakimś wyrwanym fragmentem, a nie zredagowaną całością.  A zaśmiałam się nad nią podczas czytania może...raz. I to lekko.
     Powiedzmy, że to tyle z konkretów. Czas na absurdy.
     Ja wiem, dzieci mają wybujałą wyobraźnię, ale pomysł na niewidzialnego przyjaciela? Owszem, jest w stanie się zdarzyć, jednak niewidzialny kolega, który podaje kubek, pije razem z nami lemoniadę i chodzi do szkoły (będąc towarzyszem jedenastoletniego chłopca!) zakrawa na niepokojące problemy z głową. Jeden dzień jego obecności-jak najbardziej to jakaś forma zabawy. Ale kilka miesięcy?? Nie, nie i jeszcze raz przemyślane nie na powyższy literacki, a życiowy pomysł tym bardziej.
     Określenia typu: "facetka z matematyki" i dziwne przezwiska bohaterów miały pewnie nadać całości wiarygodności. Niestety w moim mniemaniu wprowadzane są na siłę i stąd ich ostateczna sztuczność.
     O absurdalności babcinych kozaczków będących oficerkami Piłsudskiego spod "Cudu nad Wisłą" również muszę wspomnieć. Znów pomysł prawie jedenastolatka. W żadnym stopniu mnie nie przekonuje. I wiele innych zdarzeń, czy "przygód" również. Są często dziwne i bezcelowe, a mój komentarz w konkretnych przypadkach ograniczał się jedynie do niezidentyfikowanego wyrazu twarzy.
     Suma sumarum drugą połowę książki czytałam tylko po to, by ją jak najszybciej skończyć. Bo całkiem inaczej wyobrażałam sobie autorską pozycję mojego ulubionego dziennikarza, który zapowiada ją jako opis swojego dzieciństwa i jednocześnie minionych czasów komuny. Pierwszy jest w wielu przypadkach bardzo niewiarygodny, a drugiego prawie wcale nie ma.
    Jednak plusa o dziwo się dopatrzyłam. Niestety tylko jednego: ilustracje. Intrygujące i zapadające w pamięć. Ich autorowi gratuluję, a drugiemu- Panu Marcinowi zalecam odłożenie pisaniny do szuflady. W telewizji jest Pan o niebo lepszy :-)

3 komentarze:

  1. O, słodkości ;) już wprawdzie nie dla mnie, ale wygląda pysznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. O proszę, widzisz, ja za wiele o tej książce nie słyszałam, ale jakoś jeśli nawet, to raczej rzeczywiście tylko dobrze, mimo to mnie nie koniecznie przekonuje póki co tak książka, więc nie sięgałam. Pewnie miałabym podobne odczucia do Twoich.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja z mojej miłości do Prokopa sięgnę po tę książkę, bo chcę przekonać się, jakie wrażenie wywrze na mnie. :)

    OdpowiedzUsuń