poniedziałek, 29 grudnia 2014

42. Wybacz mi Leonardzie...za to, że Cię zostawiłam.

     To jedna z tych niewielu książek, które się powinno czytać jednym tchem. Ja, z racji natłoku świątecznych obowiązków, tego nie zrobiłam, dlatego moja recenzja będzie dość fragmentaryczna. Zapisywać czytelnicze spostrzeżenia przestałam już jakiś czas temu, więc tym bardziej. Pierwszy wniosek nie na temat: w przyszłości to zmienię.
     Leonard to z pozoru przeciętny, amerykański nastolatek, pozostawiony samemu sobie. Najpierw przez rockowo- alkoholowego ojca, potem przez matkę- karierowiczkę i nimfomankę (cytując określenia jej syna). Mieszka sam, mając za codzienne towarzystwo jedynie dogorywającego sąsiada i matczyne pieniądze. Nie jest aż tak źle- ktoś mógłby skomentować. Bo przecież adekwatnie eurosierot obecnie jest dość sporo, a brak przyjaciół z racji natłoku obowiązków powszechny. W tym jednak przypadku, z czasem jest znacznie gorzej. Z czasem, czyli po kolejnych stronicach książki, kiedy to coraz bardziej poznajemy Leonarda.
     Żyje wspomnieniami z dzieciństwa, bo to najlepsze momenty jego życia. Czas spędzany z ojcem, naleśniki smażone przez mamę i najlepszy przyjaciel, z którym dokonywał kolejnych odkryć podczas dziecinnych eskapad. Nie wiadomo dlaczego i jak, wszystko się nagle diametralnie zmieniło. Legło w gruzach- to odpowiedniejsze określenie. Ojciec się ulotnił i słuch o nim zaginął. Matka dorwała Francuza, pracę projektantki mody i  rodzicielską opiekuńczość zastąpiła regularnymi czekami. A najlepszy przyjaciel...cóż, tu stało się najgorsze. Będący sam ofiarą przemocy, zaczął wyładowywać swą agresję na innych, łącznie z przymuszaniem do kontaktów seksualnych. Leonard najdłużej był jego ofiarą.
     Osiemnaste urodziny Leo. Pakuje prezenty w różowy papier, zostawiając na koniec ten dla siebie najważniejszy: nazistowski rewolwer po dziadku. Chce pożegnać tych niewielu, których cenił najbardziej i chce również zabić. Najpierw eksprzyjaciela, a potem siebie.
     Zbliżanie się do wyznaczonego celu to swego rodzaju wędrówka. Poznajemy tych, których nienawidził i niewielu, których darzył sympatią. Powoli rozumiemy motywy postępowania osiemnastolatka i zastanawiamy się równocześnie nad swoimi- w wielu momentach naszego życia. Bo Leonard pytał nie tylko o swój świat, ale o świat w ogóle. A o ludzi najbardziej.
     Jedna scena utkwiła mi w pamięci najmocniej. A raczej swego rodzaju "eksperyment". Nastoletni Leonard wagaruje, by móc obserwować dorosłych ludzi idących do pracy. Ubiera garnitur, bierze teczkę, by w ten sposób bardziej się z nimi utożsamić. Za każdym razem wybiera spośród nich jedną osobę i wnikliwie obserwuje. Chce się w ten sposób dowiedzieć, czy warto dorosnąć. Jak myślicie, ilu dorosłych ludzi napotkał uśmiechniętych, rozgadanych i radośnie obserwujących otoczenie?? Ani jednego... Widział jedynie grymasy, zmęczone twarze; odczuł codzienny brak komunikacji ludzkiej i permanentne podejrzenia o złe zamiary. Życie dorosłych jest przygnębiające i ograniczone- to Jego najważniejszy wniosek.
     Ile razy zagadaliśmy do naszej sąsiadki oprócz szybkiego "dzień dobry"? Ile razy uśmiechnęliśmy się do nieznajomego lub szliśmy do pracy zadowoleni, z wiarą w dobrze przeżyty dzień? Ile razy myśleliśmy o tym, co dla nas cenne, zamiast o urazach i rozczarowaniach? Jak często poświęcamy czas pracy, a jak często naszym dzieciom? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że tego typu samotność: w tłumie i w domu, jest najczęstszą przyczyną samobójstw? Tak powszechne, przygnębiające życie dorosłych może się diametralnie zmienić, jeśli się wreszcie na chwilę zatrzymamy i spróbujemy odpowiedzieć na powyższe pytania.
     Leonard się nie zabił. Uratował go jeden z nielicznych przyjaciół, przynajmniej na chwilę. Niestety niewiele osób ma tyle szczęścia.
     Przeczytajcie. Jak widzicie, daje do koniecznego myślenia.  

sobota, 13 grudnia 2014

41. "Między ustami a brzegiem pucharu..wszystko się może zdarzyć."

     Klasyka. Treść adekwatna do oprawy- bez względu na wydanie. Ten rodzaj literatury można lubić albo nie znosić. Stanowiska mieszane spotykam dość rzadko.
     Ja lubię. No może oprócz "Lalki" Bolesława Prusa, której szczerze nie cierpię. Nuda przeplatana sztywniactwem postaci i nijakością głównego bohatera. Ale na szczęście to recenzja nie tej powieści.
    Jadwiga i hrabia Wentzel. Piękna para. Autorka nie od razu była pewna, czy dopasowana, ale bystry czytelnik od pierwszych stron wie, że z pewnością. On bogaty, rozpieszczony a nawet rozpuszczony.Ona piękna, skromna, rozsądna i dzięki temu wyjątkowo niedostępna. Dla takich porywczych i śmiałych młodzieńców jak Wentzel zwłaszcza. Na szczęście jej przyszły mąż (o czym młoda dama jeszcze wtedy nie miała pojęcia) cechował się również uporem w dążeniu do celu.  A na Jadwigę uparł się niezmiernie. I z czasem również zmądrzał, dzięki czemu zakończył swój intensywny, kawalerski żywot.
     Piękno, elegancja, kultura i romantyzm dawnych czasów w jednym. Kultywowanie polskiej tradycji i historii w okresie zaborów dopełniają to dzieło idealnie. Poprawka: są tak naprawdę jej największym filarem. Bo górują nad pieniędzmi, światowym towarzystwem a nawet miłością. Sposób przedstawienia tego typu problematyki bliski powieści "Nad Niemnem". Lubianej zresztą przeze mnie również.
     Nie mogę się wyzbyć sentymentu do takich powieści. Uspokajają, krzepię i skutecznie wdrażają patriotyzm, wypierając jednocześnie nastroszony kosmopolityzm. Bo i po co on nam jest? Do szpanu. Największej choroby XXI wieku.
     Podsumowując: sercem i duszą polecam. Nauka patriotyzmu i kultywowanie tradycji jest nam w tych czasach nagminnie potrzebne.
    Książkę dołączyłam jako upominek do "Szlachetnej Paczki". Oby samotnej, schorowanej kobiecie przyniosła co najmniej taką radość jak mnie.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

40. "Jego wysokość Longin" Marcina Prokopa.

     Zachwytu nad tą książką nie podzielam i tym bardziej nie rozumiem. Zerkając na wysokie oceny tej pozycji, jest on oczywiście uzasadniany. Jednak do mnie, mimo to, on wciąż nie dociera.
     Książkę czyta się szybko i początkowo przyjemnie. Schrupałam ją w trzy dni, a pierwsze strony o przyczynach przezwiska "Longin" wzbudziły we mnie nawet sporą sympatię. W zapowiedziach jednak książka Prokopa często jest określana, jako ta z ery PRL-u. Spodziewałam się więc tam wielu jego symboli a co znalazłam? Wzmianki o Panu w czarnych okularach, oranżadzie w proszku, kolejkach, skodzie...i w sumie niespecjalnie cokolwiek więcej. Takimi wyrywkowymi, nieuzasadnionymi przykładami, czasów PRL-u współczesnym dzieciakom na pewno nie wyjaśnimy (bo z tego, co wiem, takie było zamierzenie autora).
     "Jego wysokość Longin" to historia grupy podwórkowych przyjaciół, którzy imają się coraz to nowych gier i wyzwań. Jest zabawa w chowanego, gra w kapsle, jazda na rowerze i nawet poszukiwania zaginionego stryja. Sama fabuła zakrawa na dość intrygującą i zabawną, niestety więcej w niej chaosu, niż sensu (czy też konkretnego celu). W nieokreślonym momencie się zaczyna i w dziwnym, nieokreślonym momencie kończy. Jakby była jakimś wyrwanym fragmentem, a nie zredagowaną całością.  A zaśmiałam się nad nią podczas czytania może...raz. I to lekko.
     Powiedzmy, że to tyle z konkretów. Czas na absurdy.
     Ja wiem, dzieci mają wybujałą wyobraźnię, ale pomysł na niewidzialnego przyjaciela? Owszem, jest w stanie się zdarzyć, jednak niewidzialny kolega, który podaje kubek, pije razem z nami lemoniadę i chodzi do szkoły (będąc towarzyszem jedenastoletniego chłopca!) zakrawa na niepokojące problemy z głową. Jeden dzień jego obecności-jak najbardziej to jakaś forma zabawy. Ale kilka miesięcy?? Nie, nie i jeszcze raz przemyślane nie na powyższy literacki, a życiowy pomysł tym bardziej.
     Określenia typu: "facetka z matematyki" i dziwne przezwiska bohaterów miały pewnie nadać całości wiarygodności. Niestety w moim mniemaniu wprowadzane są na siłę i stąd ich ostateczna sztuczność.
     O absurdalności babcinych kozaczków będących oficerkami Piłsudskiego spod "Cudu nad Wisłą" również muszę wspomnieć. Znów pomysł prawie jedenastolatka. W żadnym stopniu mnie nie przekonuje. I wiele innych zdarzeń, czy "przygód" również. Są często dziwne i bezcelowe, a mój komentarz w konkretnych przypadkach ograniczał się jedynie do niezidentyfikowanego wyrazu twarzy.
     Suma sumarum drugą połowę książki czytałam tylko po to, by ją jak najszybciej skończyć. Bo całkiem inaczej wyobrażałam sobie autorską pozycję mojego ulubionego dziennikarza, który zapowiada ją jako opis swojego dzieciństwa i jednocześnie minionych czasów komuny. Pierwszy jest w wielu przypadkach bardzo niewiarygodny, a drugiego prawie wcale nie ma.
    Jednak plusa o dziwo się dopatrzyłam. Niestety tylko jednego: ilustracje. Intrygujące i zapadające w pamięć. Ich autorowi gratuluję, a drugiemu- Panu Marcinowi zalecam odłożenie pisaniny do szuflady. W telewizji jest Pan o niebo lepszy :-)

wtorek, 2 grudnia 2014

39. Genialny "Ojciec chrzestny".

    Żadne pomniejsze choć trochę słowo od określenia "genialny", do tego dzieła nie pasuje. Gdybyście słyszeli jakie "ochy" i "achy" towarzyszyły mi przy czytaniu tej książki.. Nie przypuszczałam, że jest na świecie taka pozycja, która zawiera niemalże wszystkie cechy fabuły, jakie tysiąc innych łącznie. Jest tam śmiech, zabawa, żart i sarkazm. Jest szacunek, bojaźń i bezgraniczne oddanie. Ból, zemsta i nienawiść jako oczywistość również. Są wątki rodzinne, erotyczne, a obok nich brutalne sceny śmierci i opisy krajobrazu. Różnorodność postaci przy tym wszystkim to idealne dopełnienie.
   Gdybym wiedziała, że "Ojciec chrzestny" jest takim arcydziełem, nie kazałabym mu leżeć dwa lata na półce w oczekiwaniu na czytanie. Ba! Nie ośmieliłabym się ! Bo wyjątkowa jest- tu nie mam żadnych wątpliwości. Nie miałam już na 32-iej stronie powyższego wydania, czytając wypowiedź jednej z włoskich żon: "Mój Boże- chichotała Sandra- jakem pierwszy raz zobaczyła ten drąg Sonny'ego i zdałam sobie sprawę, że mi go wsadzi, zaczęłam się drzeć, jakby mnie mordowali. Po pierwszym roku miałam wszystko w środku rozklejone jak makaron po godzinie gotowania. Kiedy się dowiedziałam, że posuwa inne dziewczyny, poleciałam do kościoła i zapaliłam świeczkę". Bycie bezpośrednim to jedna z moich ulubionych cech ludzkich. Literackich również. Gorąco polecam !
     A film w planach. Znany, owszem jednak jedynie fragmentarycznie, jako przebłyski z dzieciństwa. Tym razem podejdę do niego zdecydowanie skrupulatniej. Pozostałe natomiast, literackie pozycje Puzo, zaliczam odtąd do obowiązkowych.