czwartek, 30 października 2014

34. Nie tylko o Muzeum Historii Żydów Polskich.

     Przyznam szczerze, że z niecierpliwością oczekiwałam na dzień otwarcia tego muzeum. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że powstało wreszcie w Polsce coś, co zaprasza nas do świata cudownej, kolorowej kultury.
     Kiedy kultura żydowska skradła moje serce? Dokładnie nie pamiętam. Może to się stało podczas krótkiego pobytu na Kazimierzu w Krakowie, a może już w dzieciństwie, kiedy spacerowałam po sąsiedzkim, opuszczonym cmentarzu. Wtedy wiedziałam tak niewiele.. dziś wiem znacznie więcej, ale nie do tego stopnia, by na tym poprzestawać. Ta kultura już we mnie gdzieś jest, więc rezygnacji z jej towarzystwa już chyba nie będzie.
     Radość z otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich podobna do radości, którą niedawno przeżyłam. Wszystko za sprawą projektu realizowanego w mojej szkole. "Śladami Wieruszowskich Żydów"- pod taką nazwą odkryjecie go na facebook'u. Niesamowite, młodzieżowe kreatywne przedsięwzięcie. Dzięki niemu mój niepokój o niszczejący wciąż sąsiedni Kirkut nieco zmalał. Wciąż nie ma widoków na jego renowację, ale wreszcie ktoś zaczął o nim mówić. O cmentarzu i wieruszowskich Żydach, którzy przed wojną stanowili połowę mieszkańców mojego miasteczka.
    Niedawny widok przepięknej żydowskiej synagogi w sąsiedniej miejscowości o nazwie Kępno również sprawiła mi radość, ale i wielki smutek jednocześnie. Bo ona także niszczeje i, póki co, napotyka jedynie obojętny wzrok przechodniów. 
     Nie można mieć wszystkiego- niestety, więc tym bardziej cieszę się z tego, co wciąż jest. Na pewno z zapału i kreatywności młodych ludzi, których uczę, z budowy pięknego muzeum i z tego, że mogę poskradać się po okolicy z aparatem w ręku i delektować migawkami przeszłości.
     Kilka z nich umieszczam tutaj. To zdjęcia żydowskiego cmentarza w Wieruszowie, czy może raczej tego, co po nim zostało. Zdjęć kępińskiej synagogi nie posiadam, ale w przyszłości na pewno zdobędę. I jeszcze dwa linki: do projektu Śladami Wieruszowskich Żydów oraz do możliwości wirtualnego spaceru po Muzeum Historii Żydów Polskich . Trafię tam kiedyś na pewno !




poniedziałek, 27 października 2014

33. J.D Salinger "Buszujący w zbożu".

     
     Gdybym miała przeczytać tę powieść jeszcze raz, skupiłabym się na policzeniu wyrażeń: "wcale nie żartuję", "możecie mi wierzyć", "to naprawdę dołujące", "czasem ze mnie straszny świr" i "cholernie to przygnębiające", zwłaszcza z naciskiem na to ostatnie. Bo Holden Caulfield- główny bohater całej historii, przytacza je nadzwyczaj często, ale, co najważniejsze, nie wprowadza tymi słowami monotonii. Zawsze są wypowiadane w odpowiednich momentach i zaraz po tym stają się niezbędne.
      Ani wulgarna, ani przesycona seksualnością ta książka dla mnie nie jest, co najwyżej życiowa. Ale co innego może wypowiedzieć czytelniczka z roku 2014, którą, w dobie showman'skiej telewizji i nabuzowanego erotyzmem internetu, nie ruszają historie o dotykaniu i pieszczeniu. Wzmianka o pryszczatym koledze, który z otwartymi ranami na twarzy kładzie się na osobistej poduszce Holdena, dotknęła mnie zdecydowanie bardziej. Ale pamiętajmy o tym, że powieść Salingera wydano w 1951 roku. Powyższe częste wyrażenia, tematyka seksualności przeplatana wulgaryzmami wywołały w tamtym czasie niemały skandal. Jaki?
     W 1960 roku amerykański nauczyciel został zwolniony za omawianie na lekcji "Buszującego w zbożu", później jednak przywrócono go na stanowisko. Według Stowarzyszenia Bibliotek Amerykańskich, "Buszujący w zbożu" zajął 13. miejsce na liście najbardziej napiętnowanych książek wydanych w latach 1900-2000. Główną przyczyną kontrowersji był w dużej mierze wulgarny język bohatera a jako inne przyczyny podaje się nawiązania do spraw związanych z seksualnością, bluźnierstwa, lekceważenie wartości rodzinnych i moralnych nakazów. Holden, według przeciwników książki, przedstawiony zostaje jako figura zachęcająca do buntu, promująca wśród młodzieży picie alkoholu, palenie, posługiwanie się kłamstwem czy swobodę seksualną. I teraz najlepsze: Mark David Chapman, który w roku 1980 zamordował Johna Lennona, miał przy sobie egzemplarz "Buszującego w zbożu", gdy tuż po dokonaniu morderstwa został aresztowany przez policję (!). Robi wrażenie prawda?
*Przytoczone powyższe informacje zaciągnęłam z Wikipedii.
       Holden to na pewno nastolatek z dylematami, których nikomu nie życzę- zwłaszcza dziś.  Wokół siebie widzi mnóstwo zła, chamstwa, okrucieństwa i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego (dziś wiemy, że to nieodłączne cechy otaczającego nas świata), gdyby nie fakt, że nie umie się z tym pogodzić. Usilnie poszukuje wielu, wręcz absurdalnych sposobów na wyrwanie się z tego przesyconego złem bagna, ale nawet plany udawania głuchoniemego i zaszycia się w leśnej chatce, nie uchronią go przed światem.        
     Jednak czy Holden jest rzeczywiście takim straceńcem, za jakiego się nieustannie uważa? Według mnie jest co najwyżej ślepym straceńcem. Bo nie dostrzega tego, co jest rzeczywiście najważniejsze, najcenniejsze i nieskalane na tym świecie: miłości. Przecież to aż razi w tej powieści. Miłość partnerska, rodzinna. Dlaczego tak często myśli o Jane i o siostrze, która jako jedyna skłania go do powrotu do domu? Bo je kocha. Czyli jego położenie nie jest jednak aż tak beznadziejne. Nasze współczesne również, mimo tylu rażących skaz.
     Uwielbiam książki, które dają do myślenia i prowadzą do konstruktywnych wniosków. Przeczytajcie koniecznie.
     Na koniec mój ulubiony cytat: "Myślę, że nawet gdy już umrę, gdy zapakują mnie do grobu i przykryją płytą, na której będzie napisane: "Holden Caulfield", a dalej rok urodzenia i rok śmierci, poniżej ktoś nasmaruje "Kurwa". Tak będzie- na bank." Tak a propos licznych, "bogatych" w słownictwo graffiti ;-)