poniedziałek, 29 grudnia 2014

42. Wybacz mi Leonardzie...za to, że Cię zostawiłam.

     To jedna z tych niewielu książek, które się powinno czytać jednym tchem. Ja, z racji natłoku świątecznych obowiązków, tego nie zrobiłam, dlatego moja recenzja będzie dość fragmentaryczna. Zapisywać czytelnicze spostrzeżenia przestałam już jakiś czas temu, więc tym bardziej. Pierwszy wniosek nie na temat: w przyszłości to zmienię.
     Leonard to z pozoru przeciętny, amerykański nastolatek, pozostawiony samemu sobie. Najpierw przez rockowo- alkoholowego ojca, potem przez matkę- karierowiczkę i nimfomankę (cytując określenia jej syna). Mieszka sam, mając za codzienne towarzystwo jedynie dogorywającego sąsiada i matczyne pieniądze. Nie jest aż tak źle- ktoś mógłby skomentować. Bo przecież adekwatnie eurosierot obecnie jest dość sporo, a brak przyjaciół z racji natłoku obowiązków powszechny. W tym jednak przypadku, z czasem jest znacznie gorzej. Z czasem, czyli po kolejnych stronicach książki, kiedy to coraz bardziej poznajemy Leonarda.
     Żyje wspomnieniami z dzieciństwa, bo to najlepsze momenty jego życia. Czas spędzany z ojcem, naleśniki smażone przez mamę i najlepszy przyjaciel, z którym dokonywał kolejnych odkryć podczas dziecinnych eskapad. Nie wiadomo dlaczego i jak, wszystko się nagle diametralnie zmieniło. Legło w gruzach- to odpowiedniejsze określenie. Ojciec się ulotnił i słuch o nim zaginął. Matka dorwała Francuza, pracę projektantki mody i  rodzicielską opiekuńczość zastąpiła regularnymi czekami. A najlepszy przyjaciel...cóż, tu stało się najgorsze. Będący sam ofiarą przemocy, zaczął wyładowywać swą agresję na innych, łącznie z przymuszaniem do kontaktów seksualnych. Leonard najdłużej był jego ofiarą.
     Osiemnaste urodziny Leo. Pakuje prezenty w różowy papier, zostawiając na koniec ten dla siebie najważniejszy: nazistowski rewolwer po dziadku. Chce pożegnać tych niewielu, których cenił najbardziej i chce również zabić. Najpierw eksprzyjaciela, a potem siebie.
     Zbliżanie się do wyznaczonego celu to swego rodzaju wędrówka. Poznajemy tych, których nienawidził i niewielu, których darzył sympatią. Powoli rozumiemy motywy postępowania osiemnastolatka i zastanawiamy się równocześnie nad swoimi- w wielu momentach naszego życia. Bo Leonard pytał nie tylko o swój świat, ale o świat w ogóle. A o ludzi najbardziej.
     Jedna scena utkwiła mi w pamięci najmocniej. A raczej swego rodzaju "eksperyment". Nastoletni Leonard wagaruje, by móc obserwować dorosłych ludzi idących do pracy. Ubiera garnitur, bierze teczkę, by w ten sposób bardziej się z nimi utożsamić. Za każdym razem wybiera spośród nich jedną osobę i wnikliwie obserwuje. Chce się w ten sposób dowiedzieć, czy warto dorosnąć. Jak myślicie, ilu dorosłych ludzi napotkał uśmiechniętych, rozgadanych i radośnie obserwujących otoczenie?? Ani jednego... Widział jedynie grymasy, zmęczone twarze; odczuł codzienny brak komunikacji ludzkiej i permanentne podejrzenia o złe zamiary. Życie dorosłych jest przygnębiające i ograniczone- to Jego najważniejszy wniosek.
     Ile razy zagadaliśmy do naszej sąsiadki oprócz szybkiego "dzień dobry"? Ile razy uśmiechnęliśmy się do nieznajomego lub szliśmy do pracy zadowoleni, z wiarą w dobrze przeżyty dzień? Ile razy myśleliśmy o tym, co dla nas cenne, zamiast o urazach i rozczarowaniach? Jak często poświęcamy czas pracy, a jak często naszym dzieciom? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że tego typu samotność: w tłumie i w domu, jest najczęstszą przyczyną samobójstw? Tak powszechne, przygnębiające życie dorosłych może się diametralnie zmienić, jeśli się wreszcie na chwilę zatrzymamy i spróbujemy odpowiedzieć na powyższe pytania.
     Leonard się nie zabił. Uratował go jeden z nielicznych przyjaciół, przynajmniej na chwilę. Niestety niewiele osób ma tyle szczęścia.
     Przeczytajcie. Jak widzicie, daje do koniecznego myślenia.  

sobota, 13 grudnia 2014

41. "Między ustami a brzegiem pucharu..wszystko się może zdarzyć."

     Klasyka. Treść adekwatna do oprawy- bez względu na wydanie. Ten rodzaj literatury można lubić albo nie znosić. Stanowiska mieszane spotykam dość rzadko.
     Ja lubię. No może oprócz "Lalki" Bolesława Prusa, której szczerze nie cierpię. Nuda przeplatana sztywniactwem postaci i nijakością głównego bohatera. Ale na szczęście to recenzja nie tej powieści.
    Jadwiga i hrabia Wentzel. Piękna para. Autorka nie od razu była pewna, czy dopasowana, ale bystry czytelnik od pierwszych stron wie, że z pewnością. On bogaty, rozpieszczony a nawet rozpuszczony.Ona piękna, skromna, rozsądna i dzięki temu wyjątkowo niedostępna. Dla takich porywczych i śmiałych młodzieńców jak Wentzel zwłaszcza. Na szczęście jej przyszły mąż (o czym młoda dama jeszcze wtedy nie miała pojęcia) cechował się również uporem w dążeniu do celu.  A na Jadwigę uparł się niezmiernie. I z czasem również zmądrzał, dzięki czemu zakończył swój intensywny, kawalerski żywot.
     Piękno, elegancja, kultura i romantyzm dawnych czasów w jednym. Kultywowanie polskiej tradycji i historii w okresie zaborów dopełniają to dzieło idealnie. Poprawka: są tak naprawdę jej największym filarem. Bo górują nad pieniędzmi, światowym towarzystwem a nawet miłością. Sposób przedstawienia tego typu problematyki bliski powieści "Nad Niemnem". Lubianej zresztą przeze mnie również.
     Nie mogę się wyzbyć sentymentu do takich powieści. Uspokajają, krzepię i skutecznie wdrażają patriotyzm, wypierając jednocześnie nastroszony kosmopolityzm. Bo i po co on nam jest? Do szpanu. Największej choroby XXI wieku.
     Podsumowując: sercem i duszą polecam. Nauka patriotyzmu i kultywowanie tradycji jest nam w tych czasach nagminnie potrzebne.
    Książkę dołączyłam jako upominek do "Szlachetnej Paczki". Oby samotnej, schorowanej kobiecie przyniosła co najmniej taką radość jak mnie.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

40. "Jego wysokość Longin" Marcina Prokopa.

     Zachwytu nad tą książką nie podzielam i tym bardziej nie rozumiem. Zerkając na wysokie oceny tej pozycji, jest on oczywiście uzasadniany. Jednak do mnie, mimo to, on wciąż nie dociera.
     Książkę czyta się szybko i początkowo przyjemnie. Schrupałam ją w trzy dni, a pierwsze strony o przyczynach przezwiska "Longin" wzbudziły we mnie nawet sporą sympatię. W zapowiedziach jednak książka Prokopa często jest określana, jako ta z ery PRL-u. Spodziewałam się więc tam wielu jego symboli a co znalazłam? Wzmianki o Panu w czarnych okularach, oranżadzie w proszku, kolejkach, skodzie...i w sumie niespecjalnie cokolwiek więcej. Takimi wyrywkowymi, nieuzasadnionymi przykładami, czasów PRL-u współczesnym dzieciakom na pewno nie wyjaśnimy (bo z tego, co wiem, takie było zamierzenie autora).
     "Jego wysokość Longin" to historia grupy podwórkowych przyjaciół, którzy imają się coraz to nowych gier i wyzwań. Jest zabawa w chowanego, gra w kapsle, jazda na rowerze i nawet poszukiwania zaginionego stryja. Sama fabuła zakrawa na dość intrygującą i zabawną, niestety więcej w niej chaosu, niż sensu (czy też konkretnego celu). W nieokreślonym momencie się zaczyna i w dziwnym, nieokreślonym momencie kończy. Jakby była jakimś wyrwanym fragmentem, a nie zredagowaną całością.  A zaśmiałam się nad nią podczas czytania może...raz. I to lekko.
     Powiedzmy, że to tyle z konkretów. Czas na absurdy.
     Ja wiem, dzieci mają wybujałą wyobraźnię, ale pomysł na niewidzialnego przyjaciela? Owszem, jest w stanie się zdarzyć, jednak niewidzialny kolega, który podaje kubek, pije razem z nami lemoniadę i chodzi do szkoły (będąc towarzyszem jedenastoletniego chłopca!) zakrawa na niepokojące problemy z głową. Jeden dzień jego obecności-jak najbardziej to jakaś forma zabawy. Ale kilka miesięcy?? Nie, nie i jeszcze raz przemyślane nie na powyższy literacki, a życiowy pomysł tym bardziej.
     Określenia typu: "facetka z matematyki" i dziwne przezwiska bohaterów miały pewnie nadać całości wiarygodności. Niestety w moim mniemaniu wprowadzane są na siłę i stąd ich ostateczna sztuczność.
     O absurdalności babcinych kozaczków będących oficerkami Piłsudskiego spod "Cudu nad Wisłą" również muszę wspomnieć. Znów pomysł prawie jedenastolatka. W żadnym stopniu mnie nie przekonuje. I wiele innych zdarzeń, czy "przygód" również. Są często dziwne i bezcelowe, a mój komentarz w konkretnych przypadkach ograniczał się jedynie do niezidentyfikowanego wyrazu twarzy.
     Suma sumarum drugą połowę książki czytałam tylko po to, by ją jak najszybciej skończyć. Bo całkiem inaczej wyobrażałam sobie autorską pozycję mojego ulubionego dziennikarza, który zapowiada ją jako opis swojego dzieciństwa i jednocześnie minionych czasów komuny. Pierwszy jest w wielu przypadkach bardzo niewiarygodny, a drugiego prawie wcale nie ma.
    Jednak plusa o dziwo się dopatrzyłam. Niestety tylko jednego: ilustracje. Intrygujące i zapadające w pamięć. Ich autorowi gratuluję, a drugiemu- Panu Marcinowi zalecam odłożenie pisaniny do szuflady. W telewizji jest Pan o niebo lepszy :-)

wtorek, 2 grudnia 2014

39. Genialny "Ojciec chrzestny".

    Żadne pomniejsze choć trochę słowo od określenia "genialny", do tego dzieła nie pasuje. Gdybyście słyszeli jakie "ochy" i "achy" towarzyszyły mi przy czytaniu tej książki.. Nie przypuszczałam, że jest na świecie taka pozycja, która zawiera niemalże wszystkie cechy fabuły, jakie tysiąc innych łącznie. Jest tam śmiech, zabawa, żart i sarkazm. Jest szacunek, bojaźń i bezgraniczne oddanie. Ból, zemsta i nienawiść jako oczywistość również. Są wątki rodzinne, erotyczne, a obok nich brutalne sceny śmierci i opisy krajobrazu. Różnorodność postaci przy tym wszystkim to idealne dopełnienie.
   Gdybym wiedziała, że "Ojciec chrzestny" jest takim arcydziełem, nie kazałabym mu leżeć dwa lata na półce w oczekiwaniu na czytanie. Ba! Nie ośmieliłabym się ! Bo wyjątkowa jest- tu nie mam żadnych wątpliwości. Nie miałam już na 32-iej stronie powyższego wydania, czytając wypowiedź jednej z włoskich żon: "Mój Boże- chichotała Sandra- jakem pierwszy raz zobaczyła ten drąg Sonny'ego i zdałam sobie sprawę, że mi go wsadzi, zaczęłam się drzeć, jakby mnie mordowali. Po pierwszym roku miałam wszystko w środku rozklejone jak makaron po godzinie gotowania. Kiedy się dowiedziałam, że posuwa inne dziewczyny, poleciałam do kościoła i zapaliłam świeczkę". Bycie bezpośrednim to jedna z moich ulubionych cech ludzkich. Literackich również. Gorąco polecam !
     A film w planach. Znany, owszem jednak jedynie fragmentarycznie, jako przebłyski z dzieciństwa. Tym razem podejdę do niego zdecydowanie skrupulatniej. Pozostałe natomiast, literackie pozycje Puzo, zaliczam odtąd do obowiązkowych.

poniedziałek, 17 listopada 2014

38. Redukcja z piątego (szóstego?) biegu na pierwszy- wbrew pozorom możliwa.

     Owszem, chwile z białym mercedesem za ponad milion złotych i pewnie równie kosztownym czerwonym bmw nie zdarzają się zbyt często, a nawet wcale, biorąc pod uwagę znaczną większość fanów Bednarka. Nad czym ten wokalista w ten sposób "zwycięża"? Nad przeciętnym Polakiem? Łaknącą równoznacznej popularności konkurencji? Czy może nad licznymi krytykami, czy wręcz wrogami? O tak, Bednarek z pewnością wziął tym razem "wolne od życia", bo kompletnie oderwał się od wartościowej i poważanej rzeczywistości.
     A szkoda, bo lubiłam Jego piosenki, z ich twórcą włącznie. Ciepłe, sympatyczne; nawiązujące do prostoty i skromności.  Zwyczajny, uśmiechnięty chłopak, który śpiewa o cennych dla nas wartościach i maksymalnie się dystansuje od pogoni za pieniądzem. To już niestety zamierzchłe czasy. Bo co tym razem dostajemy od Bednarka? Drogie fury, "dupy" na karykaturalnych szpilkach i gołe pośladki. Pozbawioną sensu fabułę również.
     Bednarek stracił moją sympatię, bo się sprzedał. I będzie musiał naprawdę mocno popracować w przyszłości nad zmianą mojego zdania.

piątek, 14 listopada 2014

37. Stalingrad.

     O tym, że interesuję się historią, już wiecie. Ale o fakcie, że dobre dokumenty przedkładam ponad literaturę o podobnej tematyce, dowiecie się dzisiaj. Bo zdjęcia bardziej do mnie przemawiają, a krótsze i konkretniejsze przekazy zapadają w pamięć zdecydowanie mocniej niż często zbyt rozbudowana i zarzucona ogromem szczegółowych informacji literatura historyczna. Dokumenty staram się oglądać co najmniej raz w tygodniu. Dziś słów kilka, w połączeniu z gorącym poleceniem, o dwóch dobrych dokumentach poruszających wnikliwie tematykę bitwy stalingradzkiej.
     Historia Stalingradu cieszy się sporym gronem zainteresowanych i realizujących tę tematykę we wszelakiej formie również. Dobry temat nie zawsze oznacza dobrą produkcję- to oczywiste. W ostatnim czasie obejrzałam cztery dokumenty na temat bitwy stalingradzkiej, ale naprawdę ciekawe i rzetelne są przede wszystkim poniższe dwa.
      W tym dokumencie znajdziecie sporo ciekawostek na temat technicznego zaplecza bitwy. Wyraźny narrator i prezentowane eksperymenty znacznie wzbogacają całość.
    Konkrety, ciekawostki i oblicza dwóch rywalizujących ze sobą dowódców: zasłużonego Paulusa i upartego Czujkowa. Uderzający i pamiętliwy obraz.
    Ps. "Czas honoru" dokumentem nie jest, ale o tematykę historyczną zahacza znacznie. Taka ciekawostka na dziś (przy okazji): producent tego serialu jest zainteresowany realizacją produkcji o Dywizjonie 303. Uwielbiam chłopaków z Dywizjonu 303 i jestem przeszczęśliwa z racji powyższego pomysłu i, miejmy nadzieję, jednocześnie konkretnych planów.

wtorek, 4 listopada 2014

36. Furia.

     Dla odmiany zacznę od wniosków.
     Jeśli film o tematyce wojennej, to tylko w kinie. Huk wystrzałów, błysk laserów i krzyki rannych w otaczających nas na sali głośnikach nigdy nie będą tak realne i tak przerażające, jak te w domu przed tv.
     Wniosek drugi: skoro postać grana przez Brada Pitta ostatecznie umiera, to aktor niestety, świadomie lub nie, zaczął już przynależeć do seniorów sztuki filmowej.
      
     Fanką filmów o tematyce wojennej jestem, ale nie tylko dlatego oceniam "Furię" jako naprawdę bardzo dobrą. Zróżnicowana i dopracowana pod względem osobowości załoga czołgu, realistyczne i profesjonalne efekty specjalne, akcje trzymające w napięciu do tego stopnia, że prawie wchodziłam w ekran, by niczego nie przegapić i ta kinowa reakcja publiczności ("łoooł") po każdym potężnym, niespodziewanym wystrzale. Wszystko to sprawiło, że wyszłam z kina wyjątkowo usatysfakcjonowana i zadowolona z powodu naprawdę sensownie wydanych pieniędzy.
      Druga przyczyna mojej dużej satysfakcji: co za szczęście, że powstał dobry film o walecznej załodze czołgu, o którym równie często można mówić, co o "Czterech pancernych i psie". Można się domyślić, że tego ostatniego nie znoszę i to nie dlatego, że mi się przejadł. Jestem z wykształcenia historykiem i nietrudno się domyślić, że hołdowanie filmowi kultywującemu "cenną przyjaźń polsko- radziecką" i perfidnie zniekształcającemu naszą historię naprawdę mnie drażni. "Furia", mimo skąpych wątków historycznych, jest prawdziwa i to jej kolejna zaleta.
     Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepiła. Tylko jeden członek załogi- najmłodszy przeżył. Ok, to jeszcze nie jest taki widoczny banał. Wyszedł z czołgu przez jego dolną klapę i zagrzebał się w błocie. Jednak zdecydowanie bardziej realne by było, gdyby go spod tego błota niespecjalnie było widać, a nie fakt, że Niemiec, który go spostrzegł, uśmiechnął się i poszedł dalej. Wrogi czołg wybił prawie wszystkich jego współtowarzyszy i nie było opcji, by powyższy Niemiec zachował w sobie choć gram litości wobec ocalonego alianta. No cóż, ideały ponoć nie istnieją, w sferze kinowej zwłaszcza.
     Czas na krótkie podsumowanie. Film bardzo dobry i póki jeszcze jest w kinach, nie wahajcie się ani chwili. Kobiety również, chociaż pewnie w sporej mniejszości. To tak a propos tego, co usłyszałam po seansie w toalecie. Tamtejsze Panie uskarżały się na swoich współtowarzyszy, że Ci zamiast wybrać jakąś "normalną, romantyczną" produkcję, zabrali je na 180 minut ustawicznego strzelania i rozrywania ciał. Takie historyjki sprawiają, że czasem się zastanawiam, czy ze mną jest wszystko ok.. ale to tylko czasem ;-)

sobota, 1 listopada 2014

35. Poranek z przytupem.

     Muzyki słucham sporo-i ilościowo i gatunkowo. Ale piosenek, które potrafią mnie wyrwać w zimny poranek spod ciepłej kołderki jest stosunkowo niewiele. Tak tak, takie naprawdę istnieją ;-) Pierwsze ich nuty poruszają  zaspane palce u stóp, a cała reszta ciała naśladuje je już chwilę później. Gdybym miała przytoczyć je wszystkie, począwszy od lat 60-tych, oj trochę by mi to zeszło... dlatego ograniczę się do trzech. Głównie ze względu na ich aktualność.
Utwór Kelly Clarkson spełnia aż dwa zadania. Oprócz już wymienionego, pozwala mi przebrnąć przez wszelakie zawodowe i prywatne problemy. Każe mi pamiętać, że dzięki nim staję się silniejsza.
     Dlaczego je tutaj wymieniam? Bo fajnie jest mieć piosenki, które pomagają nam pozytywnie zacząć dzień. Czy Wy również takie posiadacie?

czwartek, 30 października 2014

34. Nie tylko o Muzeum Historii Żydów Polskich.

     Przyznam szczerze, że z niecierpliwością oczekiwałam na dzień otwarcia tego muzeum. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że powstało wreszcie w Polsce coś, co zaprasza nas do świata cudownej, kolorowej kultury.
     Kiedy kultura żydowska skradła moje serce? Dokładnie nie pamiętam. Może to się stało podczas krótkiego pobytu na Kazimierzu w Krakowie, a może już w dzieciństwie, kiedy spacerowałam po sąsiedzkim, opuszczonym cmentarzu. Wtedy wiedziałam tak niewiele.. dziś wiem znacznie więcej, ale nie do tego stopnia, by na tym poprzestawać. Ta kultura już we mnie gdzieś jest, więc rezygnacji z jej towarzystwa już chyba nie będzie.
     Radość z otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich podobna do radości, którą niedawno przeżyłam. Wszystko za sprawą projektu realizowanego w mojej szkole. "Śladami Wieruszowskich Żydów"- pod taką nazwą odkryjecie go na facebook'u. Niesamowite, młodzieżowe kreatywne przedsięwzięcie. Dzięki niemu mój niepokój o niszczejący wciąż sąsiedni Kirkut nieco zmalał. Wciąż nie ma widoków na jego renowację, ale wreszcie ktoś zaczął o nim mówić. O cmentarzu i wieruszowskich Żydach, którzy przed wojną stanowili połowę mieszkańców mojego miasteczka.
    Niedawny widok przepięknej żydowskiej synagogi w sąsiedniej miejscowości o nazwie Kępno również sprawiła mi radość, ale i wielki smutek jednocześnie. Bo ona także niszczeje i, póki co, napotyka jedynie obojętny wzrok przechodniów. 
     Nie można mieć wszystkiego- niestety, więc tym bardziej cieszę się z tego, co wciąż jest. Na pewno z zapału i kreatywności młodych ludzi, których uczę, z budowy pięknego muzeum i z tego, że mogę poskradać się po okolicy z aparatem w ręku i delektować migawkami przeszłości.
     Kilka z nich umieszczam tutaj. To zdjęcia żydowskiego cmentarza w Wieruszowie, czy może raczej tego, co po nim zostało. Zdjęć kępińskiej synagogi nie posiadam, ale w przyszłości na pewno zdobędę. I jeszcze dwa linki: do projektu Śladami Wieruszowskich Żydów oraz do możliwości wirtualnego spaceru po Muzeum Historii Żydów Polskich . Trafię tam kiedyś na pewno !




poniedziałek, 27 października 2014

33. J.D Salinger "Buszujący w zbożu".

     
     Gdybym miała przeczytać tę powieść jeszcze raz, skupiłabym się na policzeniu wyrażeń: "wcale nie żartuję", "możecie mi wierzyć", "to naprawdę dołujące", "czasem ze mnie straszny świr" i "cholernie to przygnębiające", zwłaszcza z naciskiem na to ostatnie. Bo Holden Caulfield- główny bohater całej historii, przytacza je nadzwyczaj często, ale, co najważniejsze, nie wprowadza tymi słowami monotonii. Zawsze są wypowiadane w odpowiednich momentach i zaraz po tym stają się niezbędne.
      Ani wulgarna, ani przesycona seksualnością ta książka dla mnie nie jest, co najwyżej życiowa. Ale co innego może wypowiedzieć czytelniczka z roku 2014, którą, w dobie showman'skiej telewizji i nabuzowanego erotyzmem internetu, nie ruszają historie o dotykaniu i pieszczeniu. Wzmianka o pryszczatym koledze, który z otwartymi ranami na twarzy kładzie się na osobistej poduszce Holdena, dotknęła mnie zdecydowanie bardziej. Ale pamiętajmy o tym, że powieść Salingera wydano w 1951 roku. Powyższe częste wyrażenia, tematyka seksualności przeplatana wulgaryzmami wywołały w tamtym czasie niemały skandal. Jaki?
     W 1960 roku amerykański nauczyciel został zwolniony za omawianie na lekcji "Buszującego w zbożu", później jednak przywrócono go na stanowisko. Według Stowarzyszenia Bibliotek Amerykańskich, "Buszujący w zbożu" zajął 13. miejsce na liście najbardziej napiętnowanych książek wydanych w latach 1900-2000. Główną przyczyną kontrowersji był w dużej mierze wulgarny język bohatera a jako inne przyczyny podaje się nawiązania do spraw związanych z seksualnością, bluźnierstwa, lekceważenie wartości rodzinnych i moralnych nakazów. Holden, według przeciwników książki, przedstawiony zostaje jako figura zachęcająca do buntu, promująca wśród młodzieży picie alkoholu, palenie, posługiwanie się kłamstwem czy swobodę seksualną. I teraz najlepsze: Mark David Chapman, który w roku 1980 zamordował Johna Lennona, miał przy sobie egzemplarz "Buszującego w zbożu", gdy tuż po dokonaniu morderstwa został aresztowany przez policję (!). Robi wrażenie prawda?
*Przytoczone powyższe informacje zaciągnęłam z Wikipedii.
       Holden to na pewno nastolatek z dylematami, których nikomu nie życzę- zwłaszcza dziś.  Wokół siebie widzi mnóstwo zła, chamstwa, okrucieństwa i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego (dziś wiemy, że to nieodłączne cechy otaczającego nas świata), gdyby nie fakt, że nie umie się z tym pogodzić. Usilnie poszukuje wielu, wręcz absurdalnych sposobów na wyrwanie się z tego przesyconego złem bagna, ale nawet plany udawania głuchoniemego i zaszycia się w leśnej chatce, nie uchronią go przed światem.        
     Jednak czy Holden jest rzeczywiście takim straceńcem, za jakiego się nieustannie uważa? Według mnie jest co najwyżej ślepym straceńcem. Bo nie dostrzega tego, co jest rzeczywiście najważniejsze, najcenniejsze i nieskalane na tym świecie: miłości. Przecież to aż razi w tej powieści. Miłość partnerska, rodzinna. Dlaczego tak często myśli o Jane i o siostrze, która jako jedyna skłania go do powrotu do domu? Bo je kocha. Czyli jego położenie nie jest jednak aż tak beznadziejne. Nasze współczesne również, mimo tylu rażących skaz.
     Uwielbiam książki, które dają do myślenia i prowadzą do konstruktywnych wniosków. Przeczytajcie koniecznie.
     Na koniec mój ulubiony cytat: "Myślę, że nawet gdy już umrę, gdy zapakują mnie do grobu i przykryją płytą, na której będzie napisane: "Holden Caulfield", a dalej rok urodzenia i rok śmierci, poniżej ktoś nasmaruje "Kurwa". Tak będzie- na bank." Tak a propos licznych, "bogatych" w słownictwo graffiti ;-)

niedziela, 10 sierpnia 2014

32. Blue Jasmine.

     Czas na oscarowe rodzynki. Lepiej późno niż wcale. 2014.
     Cate Blanchett to jedna z tych niewielu aktorek, którym w moim mniemaniu można wiele wybaczyć. Subiektywnie tylko i wyłącznie dlatego, że tak utalentowanej aktorce nie ma czego wybaczać.
              
Gatunek: dramat
Produkcja: USA
Premiera: 23. sierpnia 2013 (Polska), 26. lipca 2013 (świat)
Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Obsada: Cate Blanchett, Alec Baldwin, Sally Hawkins, Bobby Cannavale
 Moja ocena: 9/10
 
     Bogata, opływająca w luksusy gospodyni domowa. Niegdyś studentka, zakochana w zamożnym mężczyźnie rzuca wszystko, by objąć wykształcenie " idealnej Pani Domu". Przyjęcia, akcje charytatywne i skrupulatne "bycie piękną" to jej ulubione zajęcie. Wszystko jak w bajce, nawet podejście do mniej usytuowanych, nieokrzesanych kopciuchów- traktowanych z wyższością pomimo pokrewieństwa. Księżniczka, książę z bajki i pałac wypełniony po brzegi gośćmi. Która z nas chociaż raz o tym nie marzyła?
     Za marzenia się płaci- ktoś swego czasu powiedział. I to nie tylko walutową cenę, ale w takich przypadkach również często emocjonalną. Bo nie ma rzeczy, ludzi ani miejsc idealnych.
     Książę robi finansowe przekręty i zdradza księżniczkę, a ta w myśl zasady "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal" przymyka na to oko. Do czasu. Książę zakochuje się w innej, chce rozwodu a w ramach zemsty dostaje kajdanki FBI i samobójstwo w celi. Jeden telefon skrzywdzonej, zdradzonej kobiety i bajeczna bańka mydlana pryska. Nadchodzi rzeczywistość.
     Jasmine przyjeżdża do siostry. Do kopciucha, który niczego w życiu nie osiągnął i bez przerwy zadaje się z niewłaściwymi facetami. Była "Pani Domu" nie ma wykształcenia, pieniędzy ani domu- suma sumarum nie ma wyjścia. Załamanie nerwowe i zanurzenia emocjonalne to jej najcięższy bagaż.
     Straciła wszystko, ale nie priorytety. Chce być wciąż sytuowana, ważna, więc nie ma zamiaru zadawać się z byle kim. Przyrodniej siostrze również to radzi. Tylko, że przeszłości nie da się wymazać, a już na pewno nie można wkraczać w prawdziwą rzeczywistość w brylantowych pantofelkach. Plastikowych podrubach, bo księżniczka niestety nie jest w stanie przed sobą samą przyznać, że sięgnęła dna.
     Zmądrzała? Przetrwała? Zrobiła krok do przodu i stała się samodzielną kobietą sukcesu? Oczywiście, że nie, przecież to dramat. Stała się jedną z tych gadających do siebie wariatek, napotykanych przypadkiem w parku. Ot taki los spotyka naiwne, wyniosłe księżniczki. Ku przestrodze dla wszystkich kobiet, które zamiast osiągnąć własny sukces godzą się na bycie ozdobami sukcesu innych.
     Cate Blanchett zgarnęła za tę rolę najważniejsze nagrody na całym świecie- łącznie z Oscarem. Zasłużenie. Przekonała mnie swoją grą do tego stopnia, że sama przez moment uznałam ją za snobkę. Czas przy okazji również na określanie Woody'ego Allena jednym z moich ulubionych reżyserów.

sobota, 3 maja 2014

31. bo święta Bożego Narodzenia można mieć przez cały rok

     Proste, życiowe, zabawne historie, które zazębiając się wzajemnie doprowadzają do ciepłych i szczęśliwych splotów wydarzeń. Banalne? Ani trochę. Bo często coś, co się z pozoru takie wydaje, jak nic na tym świecie potrafi nas głęboko dotknąć.

               
Gatunek: komedia romantyczna
Produkcja: Polska
Premiera: 10. listopada 2011
Reżyseria: Mitja Okorn
Scenariusz: Karolina Szablewska, Marcin Baczyński
Obsada: Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska, Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Piotr Adamczyk, Agnieszka Wagner, Wojciech Malajkat, Paweł Małaszyński
Moja ocena: 5/6

     Samotny tata i wymarzona Mikołajka, pragnienie rodzicielstwa i niespodziewany wigilijny gość, przyjaźń Mikołaja patałacha i osiedlowego urwisa i rodzina, która z pozoru  ma wszystko, a w rzeczywistości już od wielu lat nie ma nawet świąt. Historie tylko z fabuły odrębne, w rzeczywistości mające ze sobą wiele wspólnego. Wigilia i magia świąt- więcej podobieństw już chyba być nie może :)
    Weekend majowy a mi się zebrało na bożonarodzeniowe klimaty? Nie planowałam tego, bo pod tym kątem całkowicie nieświadomie wybrałam "Listy do M". Wiecie, co jest dowodem na to, że to naprawdę dobry film? Fakt, że dziś rano obudziłam się będąc pewna, że to I Dzień Świąt Bożego Narodzenia :)
    Recenzja krótka, ale według mnie wystarczająca. Film posiada w sobie tyle ciepła i magii, że nie chciałabym ani trochę jej z niego "wypuszczać", by dla was zostało dokładnie tyle samo :)

sobota, 15 marca 2014

30. "Inferno" Dana Browna

     Po ostatniej powieści Dana Browna, w której czytałam po raz enty o architekturze Włoch stwierdziłam, że owszem, skuszę się na kolejną lekturę tego pisarza. Jednak jeśli po raz kolejny będzie traktowała, przynajmniej w tle, o tym samym, stanie się jednocześnie ostatnią pozycją tego pisarza do jakiej sięgnę.
     I cóż, początek "Inferno" niemile mnie zaskoczył, bo rozpoczął się znów we Włoszech. Ok, zaczęłam czytać to i skończę, ale to na tyle. Jak ja uwielbiam, gdy mnie coś zaskakuje, książka zwłaszcza :)

 
     Wydawnictwo: Sonia Draga
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2009
Liczba stron: 592
Okładka: twarda
Moja ocena: rewelacyjna

Bohater ten sam, tło znów "na jedno kopyto", ale akcja za to intrygująca, nieprzewidywalna i na pewno godna polecenia.
     Zacznę od innowacyjnych i trafionych pomysłów autora. Amnezja głównego bohatera i dzięki temu jeszcze większa zagadkowość powieści- wyjątkowo trafiony pomysł. Towarzyszka Langdona: chora, łysa (!) i z niejasną przeszłością- kolejny plus dla twórcy. No bo przecież ileż można akceptować idealne bohaterki "modelki". W końcu jakiś realizm w tej kwestii.
     Idźmy dalej. Płatna morderczyni na motocyklu i z irokezem- wreszcie, choć na chwilę, porządny dreszczyk emocji ! Zaskakująca zdrada głównej bohaterki i końcowa akcja w... Stambule- oj to z pewnością nie ostatnia powieść Browna w moich rękach :)
     Lubię twórców, którzy na naszych oczach rozwijają skrzydła. Takim dzięki tej powieści stał się dla mnie Dan Brown. Owszem, znów się skupia na architekturze Włoch, ale kończy architekturą Stambułu. Pisarz zahaczył o piękny zabytek Wschodu i mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze bardziej rozwinie tę tematykę.
    Wyjątkowo realistyczne opisy- za to również kłaniam się nisko. W pewnym momencie prawie poczułam smród przenośnej toalety.
    Jednak nie byłabym sobą, gdybym w "Inferno" nie dopatrzyła się jakiegoś "ale". Zakończenie. Co Brownowi strzeliło do głowy, by skończyć całą powieść w tak nudny sposób?? Najpierw płytkie, ckliwe pożegnanie bohaterów a potem akceptacja czegoś, przed czym Langdon przez całe "Inferno" chciał uchronić ludzkość. Kompletny brak kreatywności. Dlatego nie ma maksymalnej oceny.
    Podsumowując: ideał to nie jest, ale przeczytać warto.