wtorek, 23 lipca 2013

26. Life as we know It (Och, życie) czyli krótko, zwięźle i na temat.

    Polskie tłumaczenie wyjątkowo nieudane nieprawdaż? To taki "ps" dla odmiany na początku.
    Są takie dni w życiu kobiety, kiedy ta, mając doła z powodu kolejnych zawiedzionych nadziei, w sprawie dowolnej, potrzebuje kubła czekoladowych lodów i sympatycznej, kojącej nerwy komedii romantycznej. I to z zaznaczeniem: DOBREJ komedii romantycznej. Ckliwej, ale nie przesłodzonej, nieprzewidywalnej, ale nie szalonej, seksownej, jednak nie perwersyjnej i co najważniejsze: kończącej się normalnym, wysublimowanym happy endem.

                
Gatunek: komedia, romans
Produkcja: USA
Premiera: 3. grudnia 2010 (Polska), 2. października 2010 (świat)
Reżyseria: Greg Berlanti
Scenariusz: Ian Deitchman, Kristin Rusk Robinson
Obsada: Katherine Heigl, Josh Duhamel
Moja ocena: bardzo dobry
   
   Jeśli takiego właśnie filmu poszukujecie podczas leniwej, ciągnącej się bez końca niedzieli, "Life as we know It" będzie strzałem w dziesiątkę. Zaciekawiłam się, zamyśliłam i co najważniejsze- pośmiałam. Tego oczekiwałam po tej produkcji i to właśnie otrzymałam. To sensowna, mądra i pocieszna komedia romantyczna, którą gorąco polecam :)

poniedziałek, 22 lipca 2013

25. Carlos Ruiz Zafon "Książę mgły".

    "Czytelnicy, którzy znają mnie przede wszystkim jako autora Cienia wiatru i Gry anioła, mogą nie wiedzieć, że moje pierwsze cztery powieści zaklasyfikowane zostały jako literatura młodzieżowa"- tymi m.in. słowami, poczytny obecnie Zafon, wprowadza nas do "Księcia mgły". I rzeczywiście, z powyższą sugerowaną klasyfikacją się zgadzam, co wcale nie znaczy, że powieść nie przypadła mi do gustu.

                                                  
Wydawnictwo: MUZA
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 198
Okładka: miękka
Moja ocena: może być

    Zaczyna się sympatycznie: rodzina Carverów przeprowadza się do nadmorskiego miasteczka, by tam ich dzieci mogły przeżyć niezapomnianą przygodę. Brzmi optymistycznie, ale wręcz przeciwnie się kończy. I to jedyna rzecz, która mi się nie spodobała. Skoro temat popularny, czy wręcz banalny to i zakończenie powinno być szczęśliwe. A tu, niestety, takie nie było. "Nie lubię"- chciałoby się rzec po przeczytaniu fragmentu o śmierci jednego z głównych bohaterów.
    Pamiętam wiele młodzieżowych powieści, przeczytanych przeze mnie w adekwatnym wieku i do dziś kojarzę ten dreszczyk emocji przy wyczekiwaniu na optymistyczny finał przygód grupy przyjaciół. Młodzi po to przede wszystkim sięgają po książki i takich "brzydkich" rzeczy, jak w powyższej powieści Zafona, po prostu im się nie robi :/
   Wyłączając więc zakończenie, "Księcia mgły" jak najbardziej można przeczytać. Nie jest to dzieło ambitniejszych polotów, ale takie, przy którym psychicznie odpoczywamy i, co za tym idzie, się "odmładzamy". Znajdziemy bowiem tu przede wszystkim: sporo fantazji, przyjaźni, szczyptę pierwszej miłości i emocji przygód. Udanej lektury :)

czwartek, 11 lipca 2013

24. Jerzy Kosiński "Randka w ciemno".

    Kolejna książka Kosińskiego i kolejne potwierdzenie faktu, że jest to jeden z moich ulubionych pisarzy.

                                                    
Wydawnictwo: DA CAPO
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1992
Liczba stron: 315
Okładka: miękka
Moja ocena: BARDZO DOBRA

    Od razu zaczęło się konkretnie: romansem głównego bohatera z własną matką. Gdy pamiętamy przy tym dodatkowo o wielości wątków autobiograficznych w tej książce, niedowierzanie czytelnika sięga apogeum. Ja, czytając ten fragment, dziwiłam się i wręcz przeciwnie. Łatwość z jaką Kosiński przekracza wszelkie granice, moralne zwłaszcza, sprawia, że i dla nas z czasem stają się one o wiele bardziej przyswajalne.
    Główny bohater to niejaki George Levanter- zagadkowy przedsiębiorca, który przekraczając swego czasu "żelazną kurtynę", dzieli się doświadczeniami z obu jej stron. Jest inteligentny, zdecydowany i pewny siebie. Kobiety, które kocha (łącznie z transseksualistą), wynagradza, a Ci, których nienawidzi, giną w eksplozji lub ze szpadą w odbycie. Bezgraniczna i, co za tym idzie, kontrowersyjna pomysłowość Kosińskiego imponuje mi chyba najbardziej. Dodając do tego wyzywające i intrygujące każdym szczegółem opisy scen erotycznych mamy wręcz literacki ideał.
    Książka w mojej ocenie bardzo dobra i podobnie, jak wcześniejsze, przeczytane przeze mnie Kosińskiego, pamiętliwa. I nie przeszkadza mi wielość, często niechronologicznych, wątków "Randki w ciemno", która rzekomo właśnie za to została najbardziej skrytykowana. Dzięki temu ta powieść nieustannie żyje i ani przez moment nie zawodzi czytelnika łaknącego elementów zaskoczenia.

poniedziałek, 8 lipca 2013

23. Po trupach do celu czyli "Idy marcowe".

    Uwielbiam ambitne, trudne do przewidzenia i, co za tym idzie, ciągle dające do myślenia filmy. Jeśli dodatkowo zawierają w sobie problem lojalności, moralności to mają u mnie naprawdę dużego plusa. "Idy marcowe" są taką właśnie produkcją. Brudny świat polityki, określany jako "ekstraliga" to główny temat filmu. Nudne? Nic podobnego. Bezlitosne, bezwzględne a momentami nawet brutalne, bo przecież i śmiertelne. 

                 
Gatunek: dramat, polityczny
Produkcja: USA
Premiera: 3. lutego 2012 (Polska), 31. sierpnia 2011 (świat)
Reżyseria: George Clooney
Scenariusz: George Clooney, Grant Heslov, Beau Willimon
Obsada: Ryan Gosling, George Clooney, Philip Seymour Hoffman

    Stephen, pracujący przy kampanii wyborczej Mike'a Morrisa, siedzi w samym środku politycznych gierek i, co najważniejsze, jest tego doskonale świadom. Początkowo reaguje na nieczyste zagrania nieobecnym wzrokiem i chwilami wahania, ale ostatecznie sam staje się najbardziej wyrachowanym graczem. Przy ciągłej niepewności ruchów przeciwnika i znaczących elementach zaskoczenia, wyścig o "ciepłe posadki" po wygranych wyborach jest przeogromnym wysiłkiem. Nikomu nie można ufać, nawet zadeklarowanemu przyjacielowi, a początkowo niezniszczalna lojalność ostatecznie odchodzi na najdalszy, zakurzony plan.
    Mike Morris (w tej roli George Clooney), kandydat na prezydenta, w swoich przemówieniach używa słów: prawda, zaufanie, wierność, sprawiedliwość społeczna i początkowo rzeczywiście mu wierzymy. W momencie jednak, gdy polityka okazuje się grą o naprawdę wielkie pieniądze, fałszywość intencji niestety i u niego staje się realna. Korumpowanie jednych współpracowników i rujnowanie życia drugim to czynność oczywista niczym każdorazowe mycie zębów. Albo "postawienie klocka". Morris godzi się na sponiewieranie wierzącego jeszcze w szczerość i oddanie Stephena, a ten, zgodnie z regułą: "kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę", staje się jeszcze bardziej bezwzględny niż jego protektor. Uzyskuje władzę i pieniądze, ale czy jest z tego powodu szczęśliwy? Niekoniecznie, jednak usatysfakcjonowany na pewno. W końcu "polityka to jego życie". Aż dziw, że ktokolwiek jest skłonny wypowiedzieć takie zdanie (moja wyraźnie subiektywna opinia).
    Całość nie tylko skojarzyła mi się z grą w szachy, ale skłoniła przede wszystkim do rozpatrzenia kwestii lojalności. Czy dziś bowiem jest ona jeszcze możliwa? Ilu dyskutantów tyle odpowiedzi. Precyzję Waszej opinii zalecam po obejrzeniu filmu :)

sobota, 6 lipca 2013

22. To tylko seks.

    Ponieważ 90% moich recenzji to krytyka obejrzanych/ przeczytanych pozycji, dziś będzie wyjątkowo krótko. Tak, dawno nie oglądałam tak zabawnego, kreatywnego i intrygującego filmu jak ten. I jak się pewnie domyślacie, bardzo mnie ten fakt cieszy :)
    Komedia romantyczna- tu już na starcie zapowiadało totalną klęskę. Na szczęście wreszcie trafiłam na film tego pokroju, który mogę nazwać naprawdę dobrym. I to nie z racji osoby Justina Timberlake'a (do którego zresztą mam sporą słabość) tylko z racji jego autentycznego talentu aktorskiego, widocznego również u odtwórczyni jednej z głównych ról. Ona jest urocza, niepoukładana i w tym wszystkim naprawdę zabawna, a on spontaniczny, z leksza roztrzepany i dzięki temu na swój sposób intrygujący. Co uda się stworzyć tej nieprzewidywalnej mieszance? Dobry seks na pewno, ale czy coś więcej?

                
Gatunek: komedia romantyczna
Produkcja: USA
Premiera: 23. września 2011 (Polska), 22. lipca 2011 (świat)
Reżyseria: Will Gluck
Scenariusz: Will Gluck, Keith Merryman, David A. Newman
Obsada: Justin Timberlake, Mila Kunis

     Moje absurdalne i realne jednocześnie spostrzeżenia w trakcie seansu:
1. Gdyby mężczyźni i kobiety mówili głośno podczas stosunku o swoich potrzebach świat byłby zdecydowanie o wiele bardziej spełniony (synonim słowa szczęśliwy).
2. Justin Timberlake ma fajny tyłek..
3. Nie byłabym sobą gdybym się do czegoś nie przyczepiła. Zakończenie. Ckliwe i zbyt banalne. Ale przy tak intrygującej reszcie jestem skłonna przymknąć na nie oko.
    I teraz sami zdecydujcie, czy warto poświęcić chwilę na ten film :)

piątek, 5 lipca 2013

21. Ted.

     Miało być superśmiesznie i supersympatycznie, a zostało zaledwie sympatycznie. I to pod warunkiem, że widz ma wyjątkowo dobry i leniwy dzień.

     
Gatunek: fantasy, komedia
Produkcja: USA
Premiera: 7. września 2012 (Polska), 29. czerwca 2012 (świat)
Reżyseria: Seth MacFarlane
Scenariusz: Seth MacFarlane, Alec Sulkin, Wellesley Wild
Obsada: Marc Wahlberg, Mila Kunis, Seth MacFarlane

     Opowieść o pluszowym misiu, który dorasta wraz ze swoim małoletnim właścicielem. Fabuła kompletnie irracjonalna, więc czego się spodziewałam? Fajerwerków? Oscarowej obsady?? Niekoniecznie, ale ambitniejszego humoru co najmniej. Film owszem, ma kilka trafionych żartów jednak szkoda, że ich całkowity limit wyczerpał w trailerze. W całym filmie nie było bowiem nic, bardziej czy chociażby tak samo śmiesznego. Ostatecznie zapowiadało się nieźle, ale mdłe zakończenie w postaci spełniania życzeń przez gwiazdkę z nieba zrujnowało jakikolwiek efekt.
     Mimo wszystko, o dziwo zachęcam do obejrzenia Teda. Jeśli ktoś chce obejrzeć sympatyczną, niegroźną bajeczkę w celu psychicznego relaksu, ten film jest zdecydowanie właśnie dla niego.
    Ps. Był element zaskoczenia ! Miś Ted nie został wykreowany jako dziwactwo ukrywane przed całym światem. Szybko stał się jego częścią i jako kasjer w supermarkecie nie robił na nikim żadnego wrażenia.

środa, 3 lipca 2013

20. John Maxwell Coetzee "Hańba".

     Tyle dobrego i imponującego dowiedziałam się o tym pisarzu zanim sięgnęłam po jego książkę jednak czy rzeczywiście się to pokrywa z prawdą? Trudno mi to w obecnej chwili stwierdzić. Nie tylko dlatego, że jedno dzieło nie określi wystarczająco autora, ale również ze względu na moje dość chwiejne oceny przeczytanej "Hańby".

                                    
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 256
Okładka: miękka

      Powieść od pierwszych chwil mnie "wciągnęła"- to pewne. I to o dziwo nie z racji wartkich czy też bulwersujących zdarzeń. Od pierwszych stron stało się coś, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Dialogi? Opisy? Język? A może wszystko naraz? Na pewno autor posiada bezcenną umiejętność zapomnienia się w jego słowach i aż na samą myśl do czego jest zdolny w rozmowie w cztery oczy dostaję gęsiej skórki. Coetzee hipnotyzuje swojego czytelnika- tego określenia właśnie szukałam.
     Dlaczego czar prysł w okolicach połowy historii? Bo niczym kapryśna gąska rozczarowałam się jej dalszym przebiegiem. David miał romans ze studentką, praktycznie na własne życzenie skończył z uczelnią, ale zamiast się rozwijać i zaczynać drugie, zdecydowanie ambitniejsze życie zagrzebuje się w codzienności swej homoseksualnej, śmierdzącej psami córki. Tak, wiem- przecież ona chroni niewinne zwierzęta, swoją farmę i walczy samotnie z przeciwnościami losu, ale mimo wszystko nie rusza mnie to. Może i afrykańskie realia funkcjonują w taki właśnie a nie inny sposób, jednak ja, mimo permanentnego wysiłku kompletnie tego nie rozumiem i nie akceptuję. Gwałt, dziecko i chęć małżeństwa w imię dobra ogółu to dla mnie co najwyżej głupota, czy wręcz absurd a nie przemyślana decyzja. I pewnie to dlatego, że jestem Europejką, nie Afrykanką, ale niewielu jest na tym świecie, którzy chociażby na potrzeby literatury są w stanie mnie "przestawić. Dokładnie jeden: Kapuściński.
     Czy się jednak męczyłam czytając tę opowieść do końca? Absolutnie nie. Pisarz, który potrafi hipnotyzować czytelnika, nawet przy nieakceptowalnym biegu wydarzeń nie jest w stanie go niczym zniechęcić. A czy przeczytam kolejną powieść Coetzee'go? A tego to już nie potrafię stwierdzić, bo jego dziwaczne historie samotników skutecznie uniemożliwiają mi odpowiedź.