niedziela, 9 czerwca 2013

19. "Walkirie" Paula Coelho.

     Wyrosłam z książek Paula Coelho- to mój najważniejszy wniosek. A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę bardzo optymistycznie.                                                                
                              
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 186
Okładka: miękka
    Paulo wyrusza, wraz z żoną, na pustynię Mojave w poszukiwaniu swojego anioła. Na swej drodze spotyka Walkirie, które nie tyle pomagają mu w wędrówce, co mobilizują do odpowiedzi na wiele innych, nurtujących go nawet nieświadomie pytań.
     Zaczęło się optymistycznie, ponieważ bohater książki wyruszył  w podróż. Nie zwyczajną, przed którą załatwia wszystkie sprawunki, a w jej trakcie zastanawia się nad czekającymi na niego nowymi po powrocie. To podróż w określonym celu, tak czystym i niepodważalnie priorytetowym, że wybierając się w nią wyrzuca jednocześnie wszystkie życiowe bagaże za siebie. Nie martwi się o przyszłość, o ważne zobowiązania i inne problemy. Liczy się tylko ta konkretna podróż, która skończy się tylko wtedy, gdy zostanie osiągnięty jej cel. I właśnie te pierwsze strony książki sprawiły, że momentalnie poczułam się...błogo. Potrafiłam się na tyle utożsamić z historią bohatera, że zaczęłam mu zazdrościć. Cudownie jest bowiem bez zahamowań rzucić wszystko i wyruszyć tylko po to, by osiągnąć zamierzony cel. Nie myśleć o niczym innym, tylko o tym jednym, napędzającym nas pragnieniu. Zostawić za sobą pracę, stos zobowiązań; wykastrować mowę o zdanie: "Dziś znów nie mogę, ale na pewno za jakiś czas" i wyruszyć. Zrzucić uciążliwy pancerz obowiązków, zależności i wyjechać spełniać swoje marzenia- albo chociażby po to, by najzwyczajniej w świecie odpocząć. Rozluźnić psychicznie i maksymalnie naładować baterie. Oderwać się wreszcie od tej często przytłaczającej nas rzeczywistości i porozmawiać z tymi, którzy są dla nas najważniejsi: z Bogiem i aniołem.
    Ta umiejętność oderwania się od świata i dążenia do spełnienia swoich marzeń chyba urzekała mnie w książkach Paula Coelho od zawsze. Kiedyś "trzymało" mnie to do końca, ale dziś, tak jak już napisałam wcześniej, to już nie dla mnie. Cel na początku opowieści jest jasny, ale potem nagle, nie wiadomo kiedy się rozpływa. Albo rozgałęzia na mnóstwo innych pragnień. Tak czy tak, treść staje się dla mnie ostatecznie zbyt chwiejna, momentami nawet kompletnie niezrozumiała. Po kilku rozdziałach cała historia mnie po prostu nuży i ostatecznie cieszy, gdy ją kończę, no bo w końcu ileż można czytać o wiecznych tułaczkach "wojownika światła"?
    O początkowej "nauce" na pewno będę pamiętać, ale dobry wstęp, jak wiemy, książki dobrej nie czyni. Dlatego ostatecznie nie polecam, a do samych książek Coelho z dużym prawdopodobieństwem już nie sięgnę.

sobota, 8 czerwca 2013

18. Big Love.

     Film, w zamyśle reżyserki (się normalnie zdziwiłam), miał być tragiczną historią bezgranicznie i namiętnie zakochanej/ uzależnionej od siebie dwójki ludzi. Jednak, jak to niestety z polskimi produkcjami często bywa, wyszła z tego co najwyżej karykatura tego typu opowieści.

                       
      Gatunek: melodramat, thriller ( w którym niby miejscu ??)
Produkcja: Polska
Premiera: 10 lutego 2012
Reżyseria: Barbara Białowąs
Scenariusz: Barbara Białowąs 
    (jak już spieprzyć, to wszystko jedną ręką)     
Obsada: Aleksandra Hamkało, Antoni Pawlicki, Robert Gonera, Dobromir Dymecki

     Młodziutka Emilia poznaje starszego od siebie Maćka, który odsłania przed nią świat miłości i namiętności. Powoli budują silny związek, który jednak musi się zmierzyć z największą trudnością- dorastaniem i dojrzewaniem Emilii, która z niedoświadczonej i ciekawej świata dziewczynki staje się wrażliwą i coraz bardziej otwartą na świat kobietą. Ich związek nie wytrzymuje tej znaczącej zmiany i kończy, zastąpiony sporadyczną, toksyczną namiętnością. Jak się szybko okazuje- wyjątkowo niszczycielską.
    Wszystko pięknie, ładnie, tylko żeby to tak profesjonalnie i bezbłędnie trafiało do odbiorcy. Do mnie bowiem niestety- nie trafiło. I nawet odważne sceny miłosne nie zdołały mnie w całą tę "bajkę" zaangażować. Akcja chaotyczna, ze sporymi lukami w emocjonalnym przekazie i dlatego historia, zamiast tragiczna, staje się co najwyżej komiczną. Więcej w tym wszystkim dziecięcej, nieumiejętnej szarpaniny niż prawdy, stąd taka a nie inna opinia. Niby w jakiś tam momentach (np. naprawianie zniszczonych listów przez główną bohaterkę) przebłyskuje nutka inteligencji reżyserki, ale ostatecznie nie udaje jej się wydostać na światło dzienne. Widok opierzonej Emilii wijącej się na scenie niczym niewyżyty kociak skutecznie mnie zniechęcił, a film przecież się dopiero zaczynał "rozkręcać"... O sposobie zerwania z Maćkiem nie wspomnę, bo w słowniku nie ma słów, którymi byłabym w stanie skomentować absurdalność niektórych "pomysłów" reżyserki.
    Jedyne, co mogę tu pochwalić, to dobór aktorów. Odtwórczyni głównej roli śliczna, dziewczęca i wiarygodnie dorastająca. Odtwórca roli Maćka zdecydowanie mniej wylewny, ale za to prawdziwy i momentami rzeczywiście destrukcyjny. Tyłek Pawlickiego wyjątkowo przypadł mi do gustu, ale niestety, jak to w każdym filmie zresztą bywa, nawet najlepiej wyglądający i grający aktorzy nie zatuszują nieumiejętnego scenariusza. Dziewczyna ginie niszczona przez własną miłość a chłopak niedługo po niej na wieść o śmierci nienarodzonego dziecka- co za bzdury... Niby w tym tyle tragizmu, smutku i rozdarcia, a moja jedyna reakcja po obejrzeniu tego filmu to ulga, że więcej nie będę musiała tracić na niego czasu. Kolejny raz zwiastun okazał się nie tylko lepszy, co po prostu oszczędniejszy.