czwartek, 30 maja 2013

17. "Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku" Ryszarda Kapuścińskiego.

     Książka Ryszarda Kapuścińskiego, wydana w 2007 roku- już po śmierci pisarza. To zbiór wypowiedzi autora, pochodzących przede wszystkim z wywiadów i wykładów, które opracowała Krystyna Strączek. Kolejne dzieło Kapuścińskiego podzielone jest na tematyczne rozdziały tyczące się: Afryki, Ameryki Łacińskiej, Europy, Rosji i rejonów Pacyfiku a całą problematykę uzupełniają nieśmiało zdjęcia z podróży autora.
                                
     Pierwsze wrażenie: powtórka z rozrywki. Kapuściński po raz kolejny, i o dziwo podobny, rozpatruje kwestię głodu w Afryce, problemu uchodźców i nieuchronnych przemian politycznych w wybranych krajach na całym świecie. Jednakże jakaż była moja radość i wyczekiwane zdumienie, gdy natknęłam się na rozważania tego spostrzegawczego i już dawno w moich oczach genialnego reportażysty, na temat globalizacji i nieuchronnego rozprzestrzeniania się islamu. Komentarz "powtórka z rozrywki" tym razem mogę zastosować do siebie, bo po raz kolejny Kapuściński nie tylko mnie nie zawiódł, co przede wszystkim zachwycił. Geniusz tego pisarza jest dla mnie niepodważalny. Nikt tak jak on, nie potrafi w tak prosty, ale i jednocześnie zaskakujący sposób postrzegać świata. My, dla porównania, widzimy pobliski krawężnik, on już dawno dostrzegł i przeanalizował najmniejsze linie horyzontu. Obserwacje Kapuścińskiego i wnikliwe, wynikające z tego niekwestionowane wnioski to coś, co w dziełach tego pisarza lubię najbardziej. Nie tylko ja jedna zresztą- to przecież oczywiste.
    Fakt bystrości i niepowtarzalności jego umysłu ujęłabym w jego własny cytat: "Dziś jesteśmy atakowani przez taką masę informacji, że sięgnięcie do tego, co było wczoraj, czy zaglądanie do tego, co będzie jutro, jest właściwością wyjątkowych jednostek. Przeciętny umysł jest zbyt zmęczony, by to przetrawić." Ryszard Kapuściński jest dla mnie właśnie taką "wyjątkową jednostką".
   Podsumowując: gorąco polecam :)

środa, 29 maja 2013

16. "Przed świtem" Stephenie Meyer.

      Lepiej późno niż wcale, jak to się mówi. To tak a propos dwóch spraw: zakończenia WRESZCIE mojej przygody z sagą i znalezienia w niej na bis WRESZCIE w końcu czegoś sensownego.
     Bella i Edward w końcu się pobierają. Spędzają cudowny miesiąc miodowy na wyspie, który jednak muszą przerwać z powodu...ciąży Pani Młodej. Dziecko zagraża życiu matki, jednak ta nie chce z niego zrezygnować. O całym zamieszaniu dowiadują się Volturi i w życiu zarówno wampirów, jak i wilkołaków dochodzi do wielu zmian..
                                      
      Książka arcydziełem według mnie oczywiście nie jest, ale ze wszystkich części sagi "Zmierzch" oceniam ją zdecydowanie najlepiej. No bo wreszcie coś się zaczęło dziać! Banalne, miłosne dialogi zostały okrojone na rzecz "jakiejś" akcji i "jakiś" postaci. Przygody Belli i Edwarda urozmaiciło sporo innych wampirów, a akcja o dziwo zmieniała kilkakrotnie swój bieg. I wyobraźcie sobie, że nawet mnie to potrafiło zaciekawić ! Szkoda tylko, że dopiero po zmarnowaniu czasu na trzy poprzednie części, dlatego też mimo wszystko tego tytułu polecać nie będę. No bo przecież czas szanować trzeba :)

czwartek, 23 maja 2013

15. Saga Zmierzch: Zaćmienie.

     Nie nie nie, kolejnej bajce mówię stanowcze NIE. I nawet rzekomych chęci do obejrzenia tego filmu pozorowała nie będę. Bo jak się słusznie domyślałam- jaka książka taki film.
     Bajka- mogłabym krótko podsumować, ale nawet to określenie jest zdecydowanie za dobre; bo bajek wiele w życiu widziałam i bardzo je lubię, a ten film obejrzałam.. mając od jego pierwszych klatek doskonałą świadomość, że tracę czas.
                  
    Och Edward kocham Cię, och nie widzę poza Tobą świata, och przemień mnie w wampira... bleee.... Jak można to lubić a nawet uwielbiać ?? Byłam pewna, że taki zaśmiecacz umysłu dopada tylko rozpuszczone nastolatki, ale gdy dowiedziałam się o "zaślepieniu" tą sagą mojej dobrej, uznawanej przeze mnie za "myślącą", koleżanki, opadły mi ręce... Nazwijmy to nieszczęśliwym wypadkiem- tak będzie mi zdecydowanie łatwiej to ogarnąć.
     No co ja tu będę opowiadać? Przecież to kompletne mydlane bzdury ! Brazylijski serial bym prędzej zdzierżyła, bo przy nich się można przynajmniej pośmiać a tutaj twarz mnie tylko od ziewania bolała...

sobota, 4 maja 2013

14. Mój rower.

     "Mój rower"- polski film w reżyserii Piotra Trzaskalskiego, mający swą premierę w listopadzie 2012 roku. Film to historia dziadka, ojca i syna, którzy rozrzuceni po różnych częściach Europy, spotykają się po latach, by odnaleźć babcię. Od Włodka bowiem odchodzi żona. Z racji zaawansowanej cukrzycy na ratunek przybywa jego syn Paweł- światowej sławy pianista oraz wnuk Maciej na stałe mieszkający w Londynie. Początkowo spotykają się w jednym celu: muszą odnaleźć babcię, ale z czasem, w wyniku natłoku wielu pokoleniowych niesnasek, nieświadomie obierają inny: stanie się na nowo rodziną.
                  
     Film "przyjemny" czyli z gatunku tych, przy których można odpocząć. Już od pierwszych sekund mi się spodobał, zanim o dziwo jeszcze zobaczyłam obraz. Tak tak, to nie pomyłka :) Wszystko za sprawą muzyki. Melodia w tle początkowych napisów od razu wprowadziła mnie w odpowiedni nastrój.
     Gra odtwórcy roli dziadka była tym, co zraziło mnie w pierwszej kolejności najbardziej. Jest dość sztuczna i kompletnie nie taka, jaką na aktora przystało. Ostatecznie jednak ta cecha podziałała na korzyść całego obrazu. Postać dziadka przyjęła bowiem formę tego, który na tle pozostałych bohaterów jest wyjątkowo prawdziwy.
     Założeniem całego filmu była pochwała męskiej przyjaźni i wiara w możliwość zażegnania wieloletnich, rodzinnych sporów. Czy reżyserowi się to udało? Niezupełnie. Dziadek, syn i wnuk zaczynają w końcu, po wielu nieudanych próbach, w końcu ze sobą rozmawiać, ale to wcale nie znaczy, że ich kontakty stały się wreszcie "normalne". A może nie miały się takie stać? Może po prostu wystarczyło, że się pojawiły? Tego nie wiem, jednak same próby osiągnięcia któregoś z tych celów sprawiają wrażenie dość chaotycznych. Ciąg wydarzeń jest względnie stabilny, ale bez specjalnej kulminacji i "triumfu".
     Chociaż no tak, zostało jeszcze zakończenie. Przyznam szczerze, że gdyby nie ono, film mogłabym zaliczyć nawet do dobrych, bo pomimo swych niedoskonałości ma w sobie jednak coś urzekającego. A "finał"..no cóż...śmierć dziadka przy akompaniamencie syna jest dla mnie kompletnym niewypałem. Często takie tkliwe i patetyczne zakończenia zamiast wzruszać i wywoływać charakterystyczną ulgę u widza, przynoszą kompletnie odwrotny skutek.
     Podsumowując: jeśli chcesz odpocząć przy przyjaznym i zwyczajnym filmie koniecznie sięgnij do tego. Tylko pamiętaj go wyłączyć dwie minuty przed końcem jeśli się nie chcesz kompletnie rozczarować :P  

środa, 1 maja 2013

13. "Zaćmienie" Stephenie Meyer.

     Zaćmienie umysłu chciałoby się rzec... bo dawno nie czytałam czegoś, co w absolutnie żaden sposób nie skłoniło mnie do myślenia. Ironiczny śmiech i przewracanie oczami- to najsilniejsze odczucia, jakie miałam podczas czytania tej książki.
                                                 
    Kolejne przygody Belli- naiwnej, słodkiej i ślamazarnej idiotki i nieskazitelnego "marmurowego" Edwarda. Tym razem przychodzi im się zmierzyć z armią nowonarodzonych i kolejnymi dylematami w stylu: "zostać wampirem, czy umrzeć z miłości do Edwarda jako człowiek?". To wszystko nie brzmiałoby tak fatalnie, gdyby nie fakt kulminacyjnego zawiązania akcji. Tak! Autorka postanowiła nas "zaskoczyć" i rozkochała Bellę w Jacobie. Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z bzdurami w stylu: "Och, kocham Edwarda, ale odkryłam, że JEDNOCZEŚNIE jestem zakochana w Edwardzie. Edward to moje życie, ale jak będę mogła spojrzeć w oczy Jacobowi wiedząc, że w nim również jestem zakochana?" O ja pierd... itd. Standardowy Marysuizm od pierwszych akapitów sagi to pikuś przy tym, co Meyer wymyśliła tym razem. Być zakochanym w dwóch mężczyznach naraz?? No rzeczywiście, jest tu ten cenny skrawek rzeczywistości, który powalił mnie na kolana. "Moda na sukces" od razu mi przyszła na myśl i porównując "Zaćmienie" do tego serialu posunę się jeszcze dalej: postaci kompletnie nierealne, dialogi chaotyczne i infantylne, akcja banalna przy kilkusekundowej kulminacji. Gdybym wiedziała, że tak to się skończy, od razu bym tylko do tego jednego rozdziału sięgnęła.
     I pomyśleć, że "Zaćmienie" zaliczane jest do literatury kobiecej. Nie zgadzam się z tym, bo nie wierzę, by wszystkie kobiety były tak płytkie i mało ambitne. Jakaś część na pewno (ostatnio miałam nawet "przyjemność" taką fankę sagi napotkać), ale cóż, świat nie jest idealny. Dlaczego więc te książki cieszą się aż taką popularnością? Komercha i jeszcze raz komercha. O przenikającej wszystko i wszystkich reklamie nie wspomnę. "Nie czytałaś tego? Przecież wszyscy czytali!"- tak, dokładnie to m.in. mam na myśli.
     Dziewczyny, baby i kobietki: nie traćcie czasu na bajki o wampirach, bo używanie mopa jest zdecydowanie konstruktywniejsze niż to. Nie dajcie się złapać w sidła reklamy, tak jak ja to zrobiłam. Ofiar już zdecydowanie wystarczy !
     A wiecie, co w tym wszystkim jest najgorsze? Ostatnią część zaczęłam czytać, ale to wszystko tylko i wyłącznie ze względu na moją jedną z największych wad: nieuleczalną perfekcjonistką jestem i jeśli coś zacznę, to muszę to doprowadzić do końca. Byle jak najszybciej.
    Ps. A propos bajek o wampirach. Nigdy, przenigdy (!) nie sięgnę do "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Chyba bym rozum musiała stracić. Książka jest oceniana jeszcze gorzej niż saga Pani Meyer, a mi jest naprawdę ciężko sobie wyobrazić, że jest na tym świecie coś jeszcze słabszego :P