sobota, 9 marca 2013

11. Jerzy Kosiński "Diabelskie drzewo".

     Mało która książka potrafiła wywołać we mnie tak wiele sprzecznych uczuć, jak "Diabelskie drzewo" Kosińskiego. Temat pozornie prosty: życie niewyobrażalnie bogatego dziedzica fortuny, którego stać na wszystko- nawet na ludzi. Byłam pewna, że przewidziałam tę problematykę dogłębnie jeszcze przed jej przeczytaniem, ale, o dziwo i szczęśliwie, się pomyliłam.
     
  
     Jonathan, syn amerykańskiego króla stali, powraca po wieloletniej tułaczce po świecie do kraju, i , wbrew popularnym schematom, ani trochę nie próbuje się w nim odnaleźć. Wydaje pieniądze na kochanki, podróże i wszystkie bieżące zachcianki. Celowo nie użyłam słowa "trwoni", bo przy tak ogromnej fortunie wszystkie te wydatki są co najwyżej szczeniackim kieszonkowym. Wielu by powiedziało: to w takim razie jest szczęśliwy. Ale wielu, podobnie jak ja by przewidziało, że najpewniej nie. Życie Jonathana było i jest bezcelowe. Nigdy nie musiał o nic prosić, walczyć, zabiegać, ale też nie miał tego co najważniejsze- miłości. Ojciec niewiele o nim wiedząc, zmarł najprawdopodobniej w objęciach kochanki; matka w wyniku szaleńczych, destrukcyjnych ataków popełniła samobójstwo. Jonathan nie lubi wracać do przeszłości, ale też nie rozumie pojęcia "przyszłość". Może udałoby mu się to przy Karen, gdyby nie fakt, że również bogata- ale dla odmiany w piękno, podobnie jak on sam dąży do samozniszczenia. Tym sposobem i tu, zrozumienie pojęcia miłość nie jest możliwe.
     Pod koniec powieści pojawia się moment, który daje maleńkie nadzieje na szczęśliwe zakończenie: Jonathan zastanawia się nad pomocą dla mieszkańców slumsów. Piękny sen o celu nie tylko samym w sobie, ale przede wszystkim szczytnym szybko jednak znika, a życie bogatego dziedzica na nowo zostaje przygniecione niewidzialnym ciężarem i dręczone depresją.
    Zakończenie pozostawia mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Moim zdaniem trochę za dużo i dlatego zwykłam takie książki nazywać: "Dla wyjątkowo ambitnych". Sporo w niej seksu, a nawet perwersji, ale po przeczytaniu "Malowanego ptaka" ten element twórczości Kosińskiego ani trochę mnie nie dziwi. Popęd i inne otoczki naszej seksualności napędzają ten świat i już dawno się z tym pogodziłam. Jednak samego Kosińskiego, który wręcz w sposób "natarczywy" o tej sferze naszego życia traktuje nazwę od dziś współczesnym Freudem i mam nadzieję, że po jego kolejnych powieściach nie zmienię zdania.