niedziela, 24 lutego 2013

10. "Bieguni" Olgi Tokarczuk i Amadeusz.

     O książkach Olgi Tokarczuk napisano naprawdę wiele, także ja pod tym względem "wyjątkowa" nie będę.
     Powieść "Bieguni" jest powszechnie oceniania jako najwybitniejsza w dorobku tej pisarki. Muszę się z tym zgodzić, chociaż to nie znaczy, że uważam tę pozycję za najlepszą do jakiej kiedykolwiek sięgnęłam.
   
     O podróżach wszelakich, i tych codziennych, i tych do wnętrza własnego ciała oraz duszy- tak pokrótce streściłabym fabułę "Biegunów". Sami bieguni to ludzie w ciągłym ruchu, osoby, które nawet stojąc w miejscu, stworzone są tylko po to, by nieustannie podróżować. Wykłady z psychologii podróżniczej na lotnisku, zminiaturyzowane kosmetyki, funkcjonowanie nocnych pociągów, los byłego łowcy wielorybów i wreszcie sekcje zwłok i sposoby ich konserwacji to tylko przykłady bogatej tematyki zawartej w powieści. Klimat opuszczonego mieszkania i rozpacz mężczyzny cierpiącego z powodu świadomości stopniowego odchodzenia żony to wątki, które najmocniej utkwiły w mojej pamięci. Zwłaszcza ten ostatni; bo zazwyczaj to kobieta jest charakteryzowana jako ta, która przeżywa i rozpada się na kawałki z powodu zranionych uczuć. Z sytuacją tego typu z punktu widzenia mężczyzny spotkałam się w literaturze po raz pierwszy. Zostawianie tematów otwartymi, z miejscem na domysły i dyskusje, to kolejna cecha, która wyróżnia tę powieść na tle wielu innych.
     Podsumowując książki Olgi Tokarczuk muszę zauważyć jej niepowtarzalną umiejętność: charakterystyka skomplikowanych zjawisk w sposób zrozumiały dla każdego laika. I nie jest to koniecznie spowodowane prostszym słownictwem. Pisarka zamiast niepokoić nas zahaczaniem o naukowe frazesy, jak to się niestety w wielu przypadkach dzieje, powoli, niczym niemowlę prowadzi nas w ich stronę i wskazuje cel, który staje się dla nas drugim domem.
     Sięgnęłam już do wielu książek Olgi Tokarczuk i nad większością nigdy specjalnie się nie zachwycałam. Ot, kolejne życiowe historie i historyjki, które raz zaciekawiały, a drugi raz śmiertelnie mnie nudziły. Mimo to jednak, przypadkiem lub nie, nie poprzestałam na jednej. Zawsze, prędzej czy później, w rękach znów miałam kolejną powieść tej pisarki. I to nazwałabym nawet swoistą "tokarczukową magią". Każda magia przyciąga w sposób niewytłumaczalny- nawet mimo naszych zdecydowanych oporów. Dlatego nie opierajcie się więcej i dajcie się oczarować "Biegunom" ;)
     Ferie już dobiegają końca i zgodnie z pierwotnym założeniem, udało mi się "odkurzyć" kolejny film z dysku. Amadeusz-z 1984 roku. Dość dziwaczny, z racji postaci głównego bohatera (o dziwo rzekomo rzeczywistej), ale posiadający mimo wszystko umiejętność zaciekawienia. Tak, traktuje o Mozarcie i zagadkowej przyczynie jego śmierci, ale o wiele więcej w nim fikcji niż uargumentowanych faktów. Zawsze miałam słabość do filmów kostiumowych, dlatego mimo to chcę tę pozycję polecić. W czasie seansu psychicznie odpoczęłam i zmobilizowałam się na przyszłość bardziej zgłębić tematykę życiorysu tego wybitnego kompozytora. Również przy okazji tamtejszego podkładu przypomniałam sobie, jak piękna i wzruszająca potrafi być muzyka klasyczna.
     
     I wyobraźcie sobie, że film ten został nagrodzony Oscarem w kategorii "Najlepszy". Zdecydowanie warto sięgnąć do starszych oscarowych historii, miast tylko do współczesnych i komercyjnie nagłaśnianych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz