sobota, 10 sierpnia 2013

29. Kac Vegas w Bangkoku.

    Jestem pedantką i prawie nigdy nie zdarzyło mi się coś zaczynać i tego nie kończyć. To jedyny powód, dla którego nie wyłączyłam powyższego filmu po 20 minutach.

             
Gatunek: komedia
Produkcja: USA
Premiera: 3.czerwca 2011 (Polska), 25. maja 2011 (świat)
Reżyseria: Todd Phillips
Scenariusz: Craig Mazin, Todd Phillips, Scot Armstrong
Obsada: Bradley Cooper, Ed Helms, Zach Galifaniakis
Moja ocena: tragedia (film nie załapał się na skalę)

    Pierwsza część: ok. Zabawna, kreatywna, zaskakująca. Im dalej w las, tym więcej drzew, im więcej odcinków tym rozleglejsza katastrofa. Dawno nie widziałam tak dennej i wymuszonej komedii. Kolejne rzekome żarty wzbudzały we mnie politowanie, zamiast oczekiwanego śmiechu. Roześmiałabym się rubasznie płacząc szczerze nad beznadziejnością pomysłów scenarzysty. Czy to rzeczywiście kogoś bawi?? Bo aż trudno mi uwierzyć, że chociaż garstkę widzów.. I ten głupi palec nastolatka.. Wzruszenie ramionami na wieść o utracie tej kończyny przez muzyka i przyszłego chirurga jest dla mnie kompletnym absurdem.
    Kolejnym odcinkom osławionego kaca w Las Vegas mówimy stanowcze NIE. Film jest kompletną stratą czasu, podobnie jak nadmierne rozwlekanie się nad nim. Chyba czas skończyć na jakiś czas z komediami. Tak profilaktycznie.

piątek, 9 sierpnia 2013

28. Sex story.

    Komedii romantycznych ciąg dalszy.
    Ashton Kutcher- wysoki, przystojny, hipnotyzujący wzrokiem i zdradzający Demi Moore. Natalie Portman- śliczna, filigranowa i intrygująca, rolą w "Czarnym łabędziu" podważająca wizualną słabość. Film, w którym grają tacy aktorzy nie mógł się okazać niczym innym, jak tylko arcydziełem. Jak ja nie znoszę takich "zaskakujących" zawodów... Nie pamiętam kiedy ostatni raz oglądałam coś tak kiepskiego i płytkiego.

            
Gatunek: komedia romantyczna
Produkcja: USA
Premiera: 18.marca 2011 (Polska), 11.stycznia 2011 (świat)
Reżyseria: Ivan Reitman
Scenariusz: Elizabeth Meriwether
Obsada: Natalie Portman, Ashton Kutcher
Moja ocena: beznadziejny (najniższa możliwa ocena)

    Zacznę, i możliwe, że skończę, od tego, co jest zdecydowanie największą katastrofą. Fabuła. Chaotyczna, niedopracowana i w wielu momentach kompletnie nierealna. Emma, zaradna i ambitna studentka medycyny, wplątuje się w romans z Adamem, któremu od początku stawia sprawę jasno: "nie nadaję się do związku, bo nie potrafię się zakochać, dlatego Ty też w taki sposób się wobec mnie nie zachowuj". Zero przytulania, partnerskich rocznic, prezentów czy po prostu gestów- tylko i wyłącznie seks. W założeniu dość poukładane, ale w praktyce co najmniej nieuzasadnione i nieuporządkowane.
    Adam raz się dostosowuje, drugi raz nie, bo Emma ucieka. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zaraz wraca, by znów dziesięć razy zmienić zdanie. Między powrotami kochanków pojawiają się rzekomo zabawne sytuacje (takie pewnie miały być, ale nawet jedna warga mi nie drgnęła...) i dziwne, dość zawiłe, a nawet wręcz absurdalne zwroty akcji.
    Cała historia kończy się ostatecznie "szczęśliwie" (wielka miłość też wyjątkowo topornie rozkwitła), ale dla mnie najważniejsze było to, że się w ogóle skończyła. Nie znoszę tracić czasu, a przy tym filmie niestety mi się to zdarzyło. Bałagan, naciągany humor i bajeczka w tle. Nie polecam.

czwartek, 1 sierpnia 2013

27. A więc wojna.

    Nie moja osobista- na szczęście, a filmowa.
    Spodziewałam się czegoś, co będzie przewidywalne i infantylne, ale na szczęście się rozczarowałam. W przypadku kina- jakiegokolwiek,  lubię się tak czuć :)

            
Gatunek: akcja, komedia romantyczna
Produkcja: USA
Premiera: 24. lutego 2012 (Polska), 14. lutego 2012 (świat)
Reżyseria" McG
Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg
Obsada: Reese Witherspoon, Chris Pine, Tom Hardy
Moja ocena: bardzo dobry

    Opowiastka, jak napisałam wyżej, zapowiadała się na kolejną dzieciniadę. Dwóch agentów, najlepszych przyjaciół, rozpoczyna rywalizację o o poznaną w tym samym czasie kobietę. Piękna Lauren jest z leksza niepoukładaną, ale intrygującą pięknością, która będąc, w sposób nieprawdopodobny, zaskakiwana przez dwóch, wręcz idealnych mężczyzn ma ciężki orzech do zgryzienia. I mimo iż ostatecznie nie zgadzam się z decyzją reżysera (mocno uargumentowany wybór, zwłaszcza jakiś czas potem, i tak do mnie nie przemawia), to film naprawdę mi się podobał :) Akcja dynamiczna, kreatywna, efekty specjalne wiarygodne, a odtwórcy głównych ról inteligentni i przystojni.. czegóż można chcieć więcej? No tak, erotyczne sceny. Tu również się nie zawiodłam :)
    A zakończenie? Chybione, ale w tym przypadku na szczęście nie wpłynęło na całokształt filmu. Dlatego też jak najbardziej polecam :)

wtorek, 23 lipca 2013

26. Life as we know It (Och, życie) czyli krótko, zwięźle i na temat.

    Polskie tłumaczenie wyjątkowo nieudane nieprawdaż? To taki "ps" dla odmiany na początku.
    Są takie dni w życiu kobiety, kiedy ta, mając doła z powodu kolejnych zawiedzionych nadziei, w sprawie dowolnej, potrzebuje kubła czekoladowych lodów i sympatycznej, kojącej nerwy komedii romantycznej. I to z zaznaczeniem: DOBREJ komedii romantycznej. Ckliwej, ale nie przesłodzonej, nieprzewidywalnej, ale nie szalonej, seksownej, jednak nie perwersyjnej i co najważniejsze: kończącej się normalnym, wysublimowanym happy endem.

                
Gatunek: komedia, romans
Produkcja: USA
Premiera: 3. grudnia 2010 (Polska), 2. października 2010 (świat)
Reżyseria: Greg Berlanti
Scenariusz: Ian Deitchman, Kristin Rusk Robinson
Obsada: Katherine Heigl, Josh Duhamel
Moja ocena: bardzo dobry
   
   Jeśli takiego właśnie filmu poszukujecie podczas leniwej, ciągnącej się bez końca niedzieli, "Life as we know It" będzie strzałem w dziesiątkę. Zaciekawiłam się, zamyśliłam i co najważniejsze- pośmiałam. Tego oczekiwałam po tej produkcji i to właśnie otrzymałam. To sensowna, mądra i pocieszna komedia romantyczna, którą gorąco polecam :)

poniedziałek, 22 lipca 2013

25. Carlos Ruiz Zafon "Książę mgły".

    "Czytelnicy, którzy znają mnie przede wszystkim jako autora Cienia wiatru i Gry anioła, mogą nie wiedzieć, że moje pierwsze cztery powieści zaklasyfikowane zostały jako literatura młodzieżowa"- tymi m.in. słowami, poczytny obecnie Zafon, wprowadza nas do "Księcia mgły". I rzeczywiście, z powyższą sugerowaną klasyfikacją się zgadzam, co wcale nie znaczy, że powieść nie przypadła mi do gustu.

                                                  
Wydawnictwo: MUZA
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 198
Okładka: miękka
Moja ocena: może być

    Zaczyna się sympatycznie: rodzina Carverów przeprowadza się do nadmorskiego miasteczka, by tam ich dzieci mogły przeżyć niezapomnianą przygodę. Brzmi optymistycznie, ale wręcz przeciwnie się kończy. I to jedyna rzecz, która mi się nie spodobała. Skoro temat popularny, czy wręcz banalny to i zakończenie powinno być szczęśliwe. A tu, niestety, takie nie było. "Nie lubię"- chciałoby się rzec po przeczytaniu fragmentu o śmierci jednego z głównych bohaterów.
    Pamiętam wiele młodzieżowych powieści, przeczytanych przeze mnie w adekwatnym wieku i do dziś kojarzę ten dreszczyk emocji przy wyczekiwaniu na optymistyczny finał przygód grupy przyjaciół. Młodzi po to przede wszystkim sięgają po książki i takich "brzydkich" rzeczy, jak w powyższej powieści Zafona, po prostu im się nie robi :/
   Wyłączając więc zakończenie, "Księcia mgły" jak najbardziej można przeczytać. Nie jest to dzieło ambitniejszych polotów, ale takie, przy którym psychicznie odpoczywamy i, co za tym idzie, się "odmładzamy". Znajdziemy bowiem tu przede wszystkim: sporo fantazji, przyjaźni, szczyptę pierwszej miłości i emocji przygód. Udanej lektury :)

czwartek, 11 lipca 2013

24. Jerzy Kosiński "Randka w ciemno".

    Kolejna książka Kosińskiego i kolejne potwierdzenie faktu, że jest to jeden z moich ulubionych pisarzy.

                                                    
Wydawnictwo: DA CAPO
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1992
Liczba stron: 315
Okładka: miękka
Moja ocena: BARDZO DOBRA

    Od razu zaczęło się konkretnie: romansem głównego bohatera z własną matką. Gdy pamiętamy przy tym dodatkowo o wielości wątków autobiograficznych w tej książce, niedowierzanie czytelnika sięga apogeum. Ja, czytając ten fragment, dziwiłam się i wręcz przeciwnie. Łatwość z jaką Kosiński przekracza wszelkie granice, moralne zwłaszcza, sprawia, że i dla nas z czasem stają się one o wiele bardziej przyswajalne.
    Główny bohater to niejaki George Levanter- zagadkowy przedsiębiorca, który przekraczając swego czasu "żelazną kurtynę", dzieli się doświadczeniami z obu jej stron. Jest inteligentny, zdecydowany i pewny siebie. Kobiety, które kocha (łącznie z transseksualistą), wynagradza, a Ci, których nienawidzi, giną w eksplozji lub ze szpadą w odbycie. Bezgraniczna i, co za tym idzie, kontrowersyjna pomysłowość Kosińskiego imponuje mi chyba najbardziej. Dodając do tego wyzywające i intrygujące każdym szczegółem opisy scen erotycznych mamy wręcz literacki ideał.
    Książka w mojej ocenie bardzo dobra i podobnie, jak wcześniejsze, przeczytane przeze mnie Kosińskiego, pamiętliwa. I nie przeszkadza mi wielość, często niechronologicznych, wątków "Randki w ciemno", która rzekomo właśnie za to została najbardziej skrytykowana. Dzięki temu ta powieść nieustannie żyje i ani przez moment nie zawodzi czytelnika łaknącego elementów zaskoczenia.

poniedziałek, 8 lipca 2013

23. Po trupach do celu czyli "Idy marcowe".

    Uwielbiam ambitne, trudne do przewidzenia i, co za tym idzie, ciągle dające do myślenia filmy. Jeśli dodatkowo zawierają w sobie problem lojalności, moralności to mają u mnie naprawdę dużego plusa. "Idy marcowe" są taką właśnie produkcją. Brudny świat polityki, określany jako "ekstraliga" to główny temat filmu. Nudne? Nic podobnego. Bezlitosne, bezwzględne a momentami nawet brutalne, bo przecież i śmiertelne. 

                 
Gatunek: dramat, polityczny
Produkcja: USA
Premiera: 3. lutego 2012 (Polska), 31. sierpnia 2011 (świat)
Reżyseria: George Clooney
Scenariusz: George Clooney, Grant Heslov, Beau Willimon
Obsada: Ryan Gosling, George Clooney, Philip Seymour Hoffman

    Stephen, pracujący przy kampanii wyborczej Mike'a Morrisa, siedzi w samym środku politycznych gierek i, co najważniejsze, jest tego doskonale świadom. Początkowo reaguje na nieczyste zagrania nieobecnym wzrokiem i chwilami wahania, ale ostatecznie sam staje się najbardziej wyrachowanym graczem. Przy ciągłej niepewności ruchów przeciwnika i znaczących elementach zaskoczenia, wyścig o "ciepłe posadki" po wygranych wyborach jest przeogromnym wysiłkiem. Nikomu nie można ufać, nawet zadeklarowanemu przyjacielowi, a początkowo niezniszczalna lojalność ostatecznie odchodzi na najdalszy, zakurzony plan.
    Mike Morris (w tej roli George Clooney), kandydat na prezydenta, w swoich przemówieniach używa słów: prawda, zaufanie, wierność, sprawiedliwość społeczna i początkowo rzeczywiście mu wierzymy. W momencie jednak, gdy polityka okazuje się grą o naprawdę wielkie pieniądze, fałszywość intencji niestety i u niego staje się realna. Korumpowanie jednych współpracowników i rujnowanie życia drugim to czynność oczywista niczym każdorazowe mycie zębów. Albo "postawienie klocka". Morris godzi się na sponiewieranie wierzącego jeszcze w szczerość i oddanie Stephena, a ten, zgodnie z regułą: "kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę", staje się jeszcze bardziej bezwzględny niż jego protektor. Uzyskuje władzę i pieniądze, ale czy jest z tego powodu szczęśliwy? Niekoniecznie, jednak usatysfakcjonowany na pewno. W końcu "polityka to jego życie". Aż dziw, że ktokolwiek jest skłonny wypowiedzieć takie zdanie (moja wyraźnie subiektywna opinia).
    Całość nie tylko skojarzyła mi się z grą w szachy, ale skłoniła przede wszystkim do rozpatrzenia kwestii lojalności. Czy dziś bowiem jest ona jeszcze możliwa? Ilu dyskutantów tyle odpowiedzi. Precyzję Waszej opinii zalecam po obejrzeniu filmu :)

sobota, 6 lipca 2013

22. To tylko seks.

    Ponieważ 90% moich recenzji to krytyka obejrzanych/ przeczytanych pozycji, dziś będzie wyjątkowo krótko. Tak, dawno nie oglądałam tak zabawnego, kreatywnego i intrygującego filmu jak ten. I jak się pewnie domyślacie, bardzo mnie ten fakt cieszy :)
    Komedia romantyczna- tu już na starcie zapowiadało totalną klęskę. Na szczęście wreszcie trafiłam na film tego pokroju, który mogę nazwać naprawdę dobrym. I to nie z racji osoby Justina Timberlake'a (do którego zresztą mam sporą słabość) tylko z racji jego autentycznego talentu aktorskiego, widocznego również u odtwórczyni jednej z głównych ról. Ona jest urocza, niepoukładana i w tym wszystkim naprawdę zabawna, a on spontaniczny, z leksza roztrzepany i dzięki temu na swój sposób intrygujący. Co uda się stworzyć tej nieprzewidywalnej mieszance? Dobry seks na pewno, ale czy coś więcej?

                
Gatunek: komedia romantyczna
Produkcja: USA
Premiera: 23. września 2011 (Polska), 22. lipca 2011 (świat)
Reżyseria: Will Gluck
Scenariusz: Will Gluck, Keith Merryman, David A. Newman
Obsada: Justin Timberlake, Mila Kunis

     Moje absurdalne i realne jednocześnie spostrzeżenia w trakcie seansu:
1. Gdyby mężczyźni i kobiety mówili głośno podczas stosunku o swoich potrzebach świat byłby zdecydowanie o wiele bardziej spełniony (synonim słowa szczęśliwy).
2. Justin Timberlake ma fajny tyłek..
3. Nie byłabym sobą gdybym się do czegoś nie przyczepiła. Zakończenie. Ckliwe i zbyt banalne. Ale przy tak intrygującej reszcie jestem skłonna przymknąć na nie oko.
    I teraz sami zdecydujcie, czy warto poświęcić chwilę na ten film :)

piątek, 5 lipca 2013

21. Ted.

     Miało być superśmiesznie i supersympatycznie, a zostało zaledwie sympatycznie. I to pod warunkiem, że widz ma wyjątkowo dobry i leniwy dzień.

     
Gatunek: fantasy, komedia
Produkcja: USA
Premiera: 7. września 2012 (Polska), 29. czerwca 2012 (świat)
Reżyseria: Seth MacFarlane
Scenariusz: Seth MacFarlane, Alec Sulkin, Wellesley Wild
Obsada: Marc Wahlberg, Mila Kunis, Seth MacFarlane

     Opowieść o pluszowym misiu, który dorasta wraz ze swoim małoletnim właścicielem. Fabuła kompletnie irracjonalna, więc czego się spodziewałam? Fajerwerków? Oscarowej obsady?? Niekoniecznie, ale ambitniejszego humoru co najmniej. Film owszem, ma kilka trafionych żartów jednak szkoda, że ich całkowity limit wyczerpał w trailerze. W całym filmie nie było bowiem nic, bardziej czy chociażby tak samo śmiesznego. Ostatecznie zapowiadało się nieźle, ale mdłe zakończenie w postaci spełniania życzeń przez gwiazdkę z nieba zrujnowało jakikolwiek efekt.
     Mimo wszystko, o dziwo zachęcam do obejrzenia Teda. Jeśli ktoś chce obejrzeć sympatyczną, niegroźną bajeczkę w celu psychicznego relaksu, ten film jest zdecydowanie właśnie dla niego.
    Ps. Był element zaskoczenia ! Miś Ted nie został wykreowany jako dziwactwo ukrywane przed całym światem. Szybko stał się jego częścią i jako kasjer w supermarkecie nie robił na nikim żadnego wrażenia.

środa, 3 lipca 2013

20. John Maxwell Coetzee "Hańba".

     Tyle dobrego i imponującego dowiedziałam się o tym pisarzu zanim sięgnęłam po jego książkę jednak czy rzeczywiście się to pokrywa z prawdą? Trudno mi to w obecnej chwili stwierdzić. Nie tylko dlatego, że jedno dzieło nie określi wystarczająco autora, ale również ze względu na moje dość chwiejne oceny przeczytanej "Hańby".

                                    
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 256
Okładka: miękka

      Powieść od pierwszych chwil mnie "wciągnęła"- to pewne. I to o dziwo nie z racji wartkich czy też bulwersujących zdarzeń. Od pierwszych stron stało się coś, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Dialogi? Opisy? Język? A może wszystko naraz? Na pewno autor posiada bezcenną umiejętność zapomnienia się w jego słowach i aż na samą myśl do czego jest zdolny w rozmowie w cztery oczy dostaję gęsiej skórki. Coetzee hipnotyzuje swojego czytelnika- tego określenia właśnie szukałam.
     Dlaczego czar prysł w okolicach połowy historii? Bo niczym kapryśna gąska rozczarowałam się jej dalszym przebiegiem. David miał romans ze studentką, praktycznie na własne życzenie skończył z uczelnią, ale zamiast się rozwijać i zaczynać drugie, zdecydowanie ambitniejsze życie zagrzebuje się w codzienności swej homoseksualnej, śmierdzącej psami córki. Tak, wiem- przecież ona chroni niewinne zwierzęta, swoją farmę i walczy samotnie z przeciwnościami losu, ale mimo wszystko nie rusza mnie to. Może i afrykańskie realia funkcjonują w taki właśnie a nie inny sposób, jednak ja, mimo permanentnego wysiłku kompletnie tego nie rozumiem i nie akceptuję. Gwałt, dziecko i chęć małżeństwa w imię dobra ogółu to dla mnie co najwyżej głupota, czy wręcz absurd a nie przemyślana decyzja. I pewnie to dlatego, że jestem Europejką, nie Afrykanką, ale niewielu jest na tym świecie, którzy chociażby na potrzeby literatury są w stanie mnie "przestawić. Dokładnie jeden: Kapuściński.
     Czy się jednak męczyłam czytając tę opowieść do końca? Absolutnie nie. Pisarz, który potrafi hipnotyzować czytelnika, nawet przy nieakceptowalnym biegu wydarzeń nie jest w stanie go niczym zniechęcić. A czy przeczytam kolejną powieść Coetzee'go? A tego to już nie potrafię stwierdzić, bo jego dziwaczne historie samotników skutecznie uniemożliwiają mi odpowiedź.

niedziela, 9 czerwca 2013

19. "Walkirie" Paula Coelho.

     Wyrosłam z książek Paula Coelho- to mój najważniejszy wniosek. A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę bardzo optymistycznie.                                                                
                              
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 186
Okładka: miękka
    Paulo wyrusza, wraz z żoną, na pustynię Mojave w poszukiwaniu swojego anioła. Na swej drodze spotyka Walkirie, które nie tyle pomagają mu w wędrówce, co mobilizują do odpowiedzi na wiele innych, nurtujących go nawet nieświadomie pytań.
     Zaczęło się optymistycznie, ponieważ bohater książki wyruszył  w podróż. Nie zwyczajną, przed którą załatwia wszystkie sprawunki, a w jej trakcie zastanawia się nad czekającymi na niego nowymi po powrocie. To podróż w określonym celu, tak czystym i niepodważalnie priorytetowym, że wybierając się w nią wyrzuca jednocześnie wszystkie życiowe bagaże za siebie. Nie martwi się o przyszłość, o ważne zobowiązania i inne problemy. Liczy się tylko ta konkretna podróż, która skończy się tylko wtedy, gdy zostanie osiągnięty jej cel. I właśnie te pierwsze strony książki sprawiły, że momentalnie poczułam się...błogo. Potrafiłam się na tyle utożsamić z historią bohatera, że zaczęłam mu zazdrościć. Cudownie jest bowiem bez zahamowań rzucić wszystko i wyruszyć tylko po to, by osiągnąć zamierzony cel. Nie myśleć o niczym innym, tylko o tym jednym, napędzającym nas pragnieniu. Zostawić za sobą pracę, stos zobowiązań; wykastrować mowę o zdanie: "Dziś znów nie mogę, ale na pewno za jakiś czas" i wyruszyć. Zrzucić uciążliwy pancerz obowiązków, zależności i wyjechać spełniać swoje marzenia- albo chociażby po to, by najzwyczajniej w świecie odpocząć. Rozluźnić psychicznie i maksymalnie naładować baterie. Oderwać się wreszcie od tej często przytłaczającej nas rzeczywistości i porozmawiać z tymi, którzy są dla nas najważniejsi: z Bogiem i aniołem.
    Ta umiejętność oderwania się od świata i dążenia do spełnienia swoich marzeń chyba urzekała mnie w książkach Paula Coelho od zawsze. Kiedyś "trzymało" mnie to do końca, ale dziś, tak jak już napisałam wcześniej, to już nie dla mnie. Cel na początku opowieści jest jasny, ale potem nagle, nie wiadomo kiedy się rozpływa. Albo rozgałęzia na mnóstwo innych pragnień. Tak czy tak, treść staje się dla mnie ostatecznie zbyt chwiejna, momentami nawet kompletnie niezrozumiała. Po kilku rozdziałach cała historia mnie po prostu nuży i ostatecznie cieszy, gdy ją kończę, no bo w końcu ileż można czytać o wiecznych tułaczkach "wojownika światła"?
    O początkowej "nauce" na pewno będę pamiętać, ale dobry wstęp, jak wiemy, książki dobrej nie czyni. Dlatego ostatecznie nie polecam, a do samych książek Coelho z dużym prawdopodobieństwem już nie sięgnę.

sobota, 8 czerwca 2013

18. Big Love.

     Film, w zamyśle reżyserki (się normalnie zdziwiłam), miał być tragiczną historią bezgranicznie i namiętnie zakochanej/ uzależnionej od siebie dwójki ludzi. Jednak, jak to niestety z polskimi produkcjami często bywa, wyszła z tego co najwyżej karykatura tego typu opowieści.

                       
      Gatunek: melodramat, thriller ( w którym niby miejscu ??)
Produkcja: Polska
Premiera: 10 lutego 2012
Reżyseria: Barbara Białowąs
Scenariusz: Barbara Białowąs 
    (jak już spieprzyć, to wszystko jedną ręką)     
Obsada: Aleksandra Hamkało, Antoni Pawlicki, Robert Gonera, Dobromir Dymecki

     Młodziutka Emilia poznaje starszego od siebie Maćka, który odsłania przed nią świat miłości i namiętności. Powoli budują silny związek, który jednak musi się zmierzyć z największą trudnością- dorastaniem i dojrzewaniem Emilii, która z niedoświadczonej i ciekawej świata dziewczynki staje się wrażliwą i coraz bardziej otwartą na świat kobietą. Ich związek nie wytrzymuje tej znaczącej zmiany i kończy, zastąpiony sporadyczną, toksyczną namiętnością. Jak się szybko okazuje- wyjątkowo niszczycielską.
    Wszystko pięknie, ładnie, tylko żeby to tak profesjonalnie i bezbłędnie trafiało do odbiorcy. Do mnie bowiem niestety- nie trafiło. I nawet odważne sceny miłosne nie zdołały mnie w całą tę "bajkę" zaangażować. Akcja chaotyczna, ze sporymi lukami w emocjonalnym przekazie i dlatego historia, zamiast tragiczna, staje się co najwyżej komiczną. Więcej w tym wszystkim dziecięcej, nieumiejętnej szarpaniny niż prawdy, stąd taka a nie inna opinia. Niby w jakiś tam momentach (np. naprawianie zniszczonych listów przez główną bohaterkę) przebłyskuje nutka inteligencji reżyserki, ale ostatecznie nie udaje jej się wydostać na światło dzienne. Widok opierzonej Emilii wijącej się na scenie niczym niewyżyty kociak skutecznie mnie zniechęcił, a film przecież się dopiero zaczynał "rozkręcać"... O sposobie zerwania z Maćkiem nie wspomnę, bo w słowniku nie ma słów, którymi byłabym w stanie skomentować absurdalność niektórych "pomysłów" reżyserki.
    Jedyne, co mogę tu pochwalić, to dobór aktorów. Odtwórczyni głównej roli śliczna, dziewczęca i wiarygodnie dorastająca. Odtwórca roli Maćka zdecydowanie mniej wylewny, ale za to prawdziwy i momentami rzeczywiście destrukcyjny. Tyłek Pawlickiego wyjątkowo przypadł mi do gustu, ale niestety, jak to w każdym filmie zresztą bywa, nawet najlepiej wyglądający i grający aktorzy nie zatuszują nieumiejętnego scenariusza. Dziewczyna ginie niszczona przez własną miłość a chłopak niedługo po niej na wieść o śmierci nienarodzonego dziecka- co za bzdury... Niby w tym tyle tragizmu, smutku i rozdarcia, a moja jedyna reakcja po obejrzeniu tego filmu to ulga, że więcej nie będę musiała tracić na niego czasu. Kolejny raz zwiastun okazał się nie tylko lepszy, co po prostu oszczędniejszy.

czwartek, 30 maja 2013

17. "Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku" Ryszarda Kapuścińskiego.

     Książka Ryszarda Kapuścińskiego, wydana w 2007 roku- już po śmierci pisarza. To zbiór wypowiedzi autora, pochodzących przede wszystkim z wywiadów i wykładów, które opracowała Krystyna Strączek. Kolejne dzieło Kapuścińskiego podzielone jest na tematyczne rozdziały tyczące się: Afryki, Ameryki Łacińskiej, Europy, Rosji i rejonów Pacyfiku a całą problematykę uzupełniają nieśmiało zdjęcia z podróży autora.
                                
     Pierwsze wrażenie: powtórka z rozrywki. Kapuściński po raz kolejny, i o dziwo podobny, rozpatruje kwestię głodu w Afryce, problemu uchodźców i nieuchronnych przemian politycznych w wybranych krajach na całym świecie. Jednakże jakaż była moja radość i wyczekiwane zdumienie, gdy natknęłam się na rozważania tego spostrzegawczego i już dawno w moich oczach genialnego reportażysty, na temat globalizacji i nieuchronnego rozprzestrzeniania się islamu. Komentarz "powtórka z rozrywki" tym razem mogę zastosować do siebie, bo po raz kolejny Kapuściński nie tylko mnie nie zawiódł, co przede wszystkim zachwycił. Geniusz tego pisarza jest dla mnie niepodważalny. Nikt tak jak on, nie potrafi w tak prosty, ale i jednocześnie zaskakujący sposób postrzegać świata. My, dla porównania, widzimy pobliski krawężnik, on już dawno dostrzegł i przeanalizował najmniejsze linie horyzontu. Obserwacje Kapuścińskiego i wnikliwe, wynikające z tego niekwestionowane wnioski to coś, co w dziełach tego pisarza lubię najbardziej. Nie tylko ja jedna zresztą- to przecież oczywiste.
    Fakt bystrości i niepowtarzalności jego umysłu ujęłabym w jego własny cytat: "Dziś jesteśmy atakowani przez taką masę informacji, że sięgnięcie do tego, co było wczoraj, czy zaglądanie do tego, co będzie jutro, jest właściwością wyjątkowych jednostek. Przeciętny umysł jest zbyt zmęczony, by to przetrawić." Ryszard Kapuściński jest dla mnie właśnie taką "wyjątkową jednostką".
   Podsumowując: gorąco polecam :)

środa, 29 maja 2013

16. "Przed świtem" Stephenie Meyer.

      Lepiej późno niż wcale, jak to się mówi. To tak a propos dwóch spraw: zakończenia WRESZCIE mojej przygody z sagą i znalezienia w niej na bis WRESZCIE w końcu czegoś sensownego.
     Bella i Edward w końcu się pobierają. Spędzają cudowny miesiąc miodowy na wyspie, który jednak muszą przerwać z powodu...ciąży Pani Młodej. Dziecko zagraża życiu matki, jednak ta nie chce z niego zrezygnować. O całym zamieszaniu dowiadują się Volturi i w życiu zarówno wampirów, jak i wilkołaków dochodzi do wielu zmian..
                                      
      Książka arcydziełem według mnie oczywiście nie jest, ale ze wszystkich części sagi "Zmierzch" oceniam ją zdecydowanie najlepiej. No bo wreszcie coś się zaczęło dziać! Banalne, miłosne dialogi zostały okrojone na rzecz "jakiejś" akcji i "jakiś" postaci. Przygody Belli i Edwarda urozmaiciło sporo innych wampirów, a akcja o dziwo zmieniała kilkakrotnie swój bieg. I wyobraźcie sobie, że nawet mnie to potrafiło zaciekawić ! Szkoda tylko, że dopiero po zmarnowaniu czasu na trzy poprzednie części, dlatego też mimo wszystko tego tytułu polecać nie będę. No bo przecież czas szanować trzeba :)

czwartek, 23 maja 2013

15. Saga Zmierzch: Zaćmienie.

     Nie nie nie, kolejnej bajce mówię stanowcze NIE. I nawet rzekomych chęci do obejrzenia tego filmu pozorowała nie będę. Bo jak się słusznie domyślałam- jaka książka taki film.
     Bajka- mogłabym krótko podsumować, ale nawet to określenie jest zdecydowanie za dobre; bo bajek wiele w życiu widziałam i bardzo je lubię, a ten film obejrzałam.. mając od jego pierwszych klatek doskonałą świadomość, że tracę czas.
                  
    Och Edward kocham Cię, och nie widzę poza Tobą świata, och przemień mnie w wampira... bleee.... Jak można to lubić a nawet uwielbiać ?? Byłam pewna, że taki zaśmiecacz umysłu dopada tylko rozpuszczone nastolatki, ale gdy dowiedziałam się o "zaślepieniu" tą sagą mojej dobrej, uznawanej przeze mnie za "myślącą", koleżanki, opadły mi ręce... Nazwijmy to nieszczęśliwym wypadkiem- tak będzie mi zdecydowanie łatwiej to ogarnąć.
     No co ja tu będę opowiadać? Przecież to kompletne mydlane bzdury ! Brazylijski serial bym prędzej zdzierżyła, bo przy nich się można przynajmniej pośmiać a tutaj twarz mnie tylko od ziewania bolała...

sobota, 4 maja 2013

14. Mój rower.

     "Mój rower"- polski film w reżyserii Piotra Trzaskalskiego, mający swą premierę w listopadzie 2012 roku. Film to historia dziadka, ojca i syna, którzy rozrzuceni po różnych częściach Europy, spotykają się po latach, by odnaleźć babcię. Od Włodka bowiem odchodzi żona. Z racji zaawansowanej cukrzycy na ratunek przybywa jego syn Paweł- światowej sławy pianista oraz wnuk Maciej na stałe mieszkający w Londynie. Początkowo spotykają się w jednym celu: muszą odnaleźć babcię, ale z czasem, w wyniku natłoku wielu pokoleniowych niesnasek, nieświadomie obierają inny: stanie się na nowo rodziną.
                  
     Film "przyjemny" czyli z gatunku tych, przy których można odpocząć. Już od pierwszych sekund mi się spodobał, zanim o dziwo jeszcze zobaczyłam obraz. Tak tak, to nie pomyłka :) Wszystko za sprawą muzyki. Melodia w tle początkowych napisów od razu wprowadziła mnie w odpowiedni nastrój.
     Gra odtwórcy roli dziadka była tym, co zraziło mnie w pierwszej kolejności najbardziej. Jest dość sztuczna i kompletnie nie taka, jaką na aktora przystało. Ostatecznie jednak ta cecha podziałała na korzyść całego obrazu. Postać dziadka przyjęła bowiem formę tego, który na tle pozostałych bohaterów jest wyjątkowo prawdziwy.
     Założeniem całego filmu była pochwała męskiej przyjaźni i wiara w możliwość zażegnania wieloletnich, rodzinnych sporów. Czy reżyserowi się to udało? Niezupełnie. Dziadek, syn i wnuk zaczynają w końcu, po wielu nieudanych próbach, w końcu ze sobą rozmawiać, ale to wcale nie znaczy, że ich kontakty stały się wreszcie "normalne". A może nie miały się takie stać? Może po prostu wystarczyło, że się pojawiły? Tego nie wiem, jednak same próby osiągnięcia któregoś z tych celów sprawiają wrażenie dość chaotycznych. Ciąg wydarzeń jest względnie stabilny, ale bez specjalnej kulminacji i "triumfu".
     Chociaż no tak, zostało jeszcze zakończenie. Przyznam szczerze, że gdyby nie ono, film mogłabym zaliczyć nawet do dobrych, bo pomimo swych niedoskonałości ma w sobie jednak coś urzekającego. A "finał"..no cóż...śmierć dziadka przy akompaniamencie syna jest dla mnie kompletnym niewypałem. Często takie tkliwe i patetyczne zakończenia zamiast wzruszać i wywoływać charakterystyczną ulgę u widza, przynoszą kompletnie odwrotny skutek.
     Podsumowując: jeśli chcesz odpocząć przy przyjaznym i zwyczajnym filmie koniecznie sięgnij do tego. Tylko pamiętaj go wyłączyć dwie minuty przed końcem jeśli się nie chcesz kompletnie rozczarować :P  

środa, 1 maja 2013

13. "Zaćmienie" Stephenie Meyer.

     Zaćmienie umysłu chciałoby się rzec... bo dawno nie czytałam czegoś, co w absolutnie żaden sposób nie skłoniło mnie do myślenia. Ironiczny śmiech i przewracanie oczami- to najsilniejsze odczucia, jakie miałam podczas czytania tej książki.
                                                 
    Kolejne przygody Belli- naiwnej, słodkiej i ślamazarnej idiotki i nieskazitelnego "marmurowego" Edwarda. Tym razem przychodzi im się zmierzyć z armią nowonarodzonych i kolejnymi dylematami w stylu: "zostać wampirem, czy umrzeć z miłości do Edwarda jako człowiek?". To wszystko nie brzmiałoby tak fatalnie, gdyby nie fakt kulminacyjnego zawiązania akcji. Tak! Autorka postanowiła nas "zaskoczyć" i rozkochała Bellę w Jacobie. Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z bzdurami w stylu: "Och, kocham Edwarda, ale odkryłam, że JEDNOCZEŚNIE jestem zakochana w Edwardzie. Edward to moje życie, ale jak będę mogła spojrzeć w oczy Jacobowi wiedząc, że w nim również jestem zakochana?" O ja pierd... itd. Standardowy Marysuizm od pierwszych akapitów sagi to pikuś przy tym, co Meyer wymyśliła tym razem. Być zakochanym w dwóch mężczyznach naraz?? No rzeczywiście, jest tu ten cenny skrawek rzeczywistości, który powalił mnie na kolana. "Moda na sukces" od razu mi przyszła na myśl i porównując "Zaćmienie" do tego serialu posunę się jeszcze dalej: postaci kompletnie nierealne, dialogi chaotyczne i infantylne, akcja banalna przy kilkusekundowej kulminacji. Gdybym wiedziała, że tak to się skończy, od razu bym tylko do tego jednego rozdziału sięgnęła.
     I pomyśleć, że "Zaćmienie" zaliczane jest do literatury kobiecej. Nie zgadzam się z tym, bo nie wierzę, by wszystkie kobiety były tak płytkie i mało ambitne. Jakaś część na pewno (ostatnio miałam nawet "przyjemność" taką fankę sagi napotkać), ale cóż, świat nie jest idealny. Dlaczego więc te książki cieszą się aż taką popularnością? Komercha i jeszcze raz komercha. O przenikającej wszystko i wszystkich reklamie nie wspomnę. "Nie czytałaś tego? Przecież wszyscy czytali!"- tak, dokładnie to m.in. mam na myśli.
     Dziewczyny, baby i kobietki: nie traćcie czasu na bajki o wampirach, bo używanie mopa jest zdecydowanie konstruktywniejsze niż to. Nie dajcie się złapać w sidła reklamy, tak jak ja to zrobiłam. Ofiar już zdecydowanie wystarczy !
     A wiecie, co w tym wszystkim jest najgorsze? Ostatnią część zaczęłam czytać, ale to wszystko tylko i wyłącznie ze względu na moją jedną z największych wad: nieuleczalną perfekcjonistką jestem i jeśli coś zacznę, to muszę to doprowadzić do końca. Byle jak najszybciej.
    Ps. A propos bajek o wampirach. Nigdy, przenigdy (!) nie sięgnę do "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Chyba bym rozum musiała stracić. Książka jest oceniana jeszcze gorzej niż saga Pani Meyer, a mi jest naprawdę ciężko sobie wyobrazić, że jest na tym świecie coś jeszcze słabszego :P

niedziela, 7 kwietnia 2013

12. Dan Brown "Zaginiony symbol".

     Przeczytałam wszystkie powieści tego autora i to, o dziwo, bez oglądania ich ekranizacji (musiałabym to wreszcie któregoś dnia nadrobić:P ). Pamiętam, jak "wchłonęłam" "Kod Leonarda da Vinci", o zachwycie nad "Aniołami i Demonami" nie wspominając ;) Pozostałe pozycje, dla odmiany, były już po prostu przeczytanymi, ale mimo to nie żałuję, że poświęciłam na nie swój czas.
            
    Podobnie rzecz się ma z najnowszą powieścią Dana Browna: "Zaginiony symbol" (biorąc pod uwagę rok jej pojawienia się na rynku, słowo "najnowsza" jest tu chyba już trochę nie na miejscu). Dzieło opisuje kolejne przygody Roberta Langdona, który, jak wiemy, już nie raz został "sponiewierany" przez pisarza. Langdon przybywa tym razem do Waszyngtonu i to w tym mieście przyjdzie mu rozwiązać kolejną zagadkę.
     Książka, moim zdaniem, nie trzyma w takim napięciu jak pierwsze powieści Browna, ale kilka takich momentów posiada. Pisarz zniechęcił mnie nagłym "wskrzeszeniem" Roberta (nie wiem dlaczego, ale tego typu historyjki wiecznie kojarzą mi się z "Modą na sukces" i trzykrotną ? śmiercią Tylor:P), by zaraz potem pozytywnie zaskoczyć prawdziwą tożsamością oprawcy. Powieść posiada wiele ciekawych elementów merytorycznych, które potrafią nas zachęcić do dalszego poszukiwania wiedzy na dany temat i za to przede wszystkim tego pisarza cenię. Warsztat literacki też ma dobry, co wcale nie znaczy, że w niektórych momentach nie niepowtarzalny (banalny?). O przywracaniu do życia wspomniałam, pozostaje mi więc tylko napomknienie o kolejnej pięknej i mądrej kobiecie przy boku głównego bohatera. Do przygód Jamesa Bonda, jak widać, nie tylko my, powszechni śmiertelnicy mamy słabość ;)
      Podsumowując: jeśli ktoś ma chęć połączyć przyjemne z pożytecznym, niech nie zapomina o powieściach Dana Browna :)